30 stycznia 2016 Comments (0) Focimy, Jeździmy, Patrzymy

Znowu w Tajlandii

W moim kapowniku z marzeniami był punkt do odhaczenia w roku 2015 – świt na jednej z pagód w Baganie, Birma. Wszystko się dobrze ułożyło, jednak los nas wyśmiał. W wyniku różnych zdrowotnych komplikacji zostaliśmy w Tajlandii, ze służbą zdrowia na wyższym poziomie pod ręką na wszelki wypadek.

Południe znaliśmy (mniej więcej), w Krabi byliśmy trzy lata wcześniej. No to co? Północ. Na to zabrakło nam czasu poprzednim razem. Wybraliśmy się do Chiang Mai. O samym mieście, poruszaniu się po nim itd. można poczytać w jakimkolwiek przewodniku czy milionach stron w sieci. Po konkrety odsyłam tam.

Po parogodzinnej podróży w klimatyzowanym busie z BGK do Chiang Mai (tam zawsze trzeba brać kocyk i bluzę jak jest klima) dotarliśmy z rana do małego jak na tajskie warunki miasta. Zatrzymaliśmy się na skraju najstarszej dzielnicy, w nieco ciemnym, ale uroczym guesthouse’ie Lamchang House, 27,5 zł za pokój 🙂 Zostaliśmy kilka nocy. Miejsce było o tyle fajne, że prowadzone przez dwie siostry, mieszkające na górze dużego drewnianego domu wraz z partnerami (jeden był Francuzem). Może nie byliśmy zbyt wdzięcznymi klientami, bo nie jedliśmy śniadań u naszych gospodyń (mieliśmy swoją absolutnie fenomenalną dziuplę z tanim jedzeniem dwie przeczniczki dalej), nie wzięliśmy od nich skutera, a Bela wolał wypożyczenie szosówki niż miejskiego roweru. Pewnie oni nie wspominają nas zbyt dobrze, ale za to my ich – wspaniale. Pomocni, mili, uśmiechnięci. Miłym zaskoczeniem było dla nas zaproszenie na rodzinną uroczystość – jedna z naszych gospodyń miała urodziny w czasie naszego pobytu, więc mieliśmy okazję spróbować prawdziwego tajskiego jedzenia, a nie wersji dla turystów. Wszystko było pikantne. Skusiłam się tylko na deser – owoce. Niestety były w pikantnym sosie. Bardzo pikantnym 🙂

Wspomniane pikantne jedzenie na urodzinach naszej gospodyni

 

Stara część Chiang Mai nas urzekła. Spędziliśmy parę dni na szwędactwie po wąskich uliczkach, umykaniu przed pędzącymi nimi skuterami, odkrywaniu zaułków i świątynek schowanych między otoczonymi zielenią domami. Znacznie mniejszy niż w Bangkoku poziom wilgoci w powietrzu i niższe temperatury też dawały wytchnienie. Do tego stopnia, że czasem cały dzień uciekał nam na czytaniu, łażeniu tu i tam, po raz tysięczny szperaniu w książkach w tej samej księgarni w poszukiwaniu czegoś nowego (głównie ja) czy piciu fenomenalnej regionalnej kawy i jedzeniu (głównie Bela). Do dziś mam przed oczami widok pyszczka szczurka wystawionego przez otwór w jednej z chodnikowych płyt tuż obok moich nóg.

Chiang Mai dla mnie jest takim spokojnym miastem, do którego jedzie się odpocząć. Znacznie łatwiej spotkać tam uduchowionego Francuza niż imprezowo nastawionego Brytyjczyka (choć imprezowy dołek jest, a jakże, ale trzymaliśmy się z daleka), sporo także poznaliśmy Włochów. Ilość małych agencji turystycznych jest oczywiście niezliczona, zatem jeśli ktoś nie chce się nudzić, nie musi. Ale czasem fajnie leżeć na trawie w najmniejszym parku świata i po prostu sobie poczytać 🙂

  • DSC00249
  • DSC00419
  • DSC00584
  • DSC00595
  • DSC00673
  • DSC00676
  • DSC01026
  • DSC01038
  • DSC01066
  • DSC01099
  • DSC01103
  • DSC01110
  • DSC01225
  • DSC01230
  • DSC01252
  • DSC00219
  • DSC00240
  • DSC00274
  • Ulubiona ulica w Chiang Mai

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *