16 października 2016 Comments (0) Biegamy, Jeździmy

Wyspa o nazwie piwa

Wiedzieliśmy, że chcemy spędzić część urlopu gdzieś nad morzem. Niestety kompletnie nie mieliśmy pomysłu, jaki kierunek obrać. Oczywiście odpadały wszystkie Pattaye i inne Phukety, do Krabi jedzie się nocą, potem busem i jeszcze longboatem – a że trochę staliśmy się wygodni i nie chciało nam się aż tyle jechać, a potem męczyć się z kierowcami, wybraliśmy opcję łatwiejszą, szybszą, chociaż nieznaną.

Padło na Koh Chang, tę wyspę od piwa 😉 Po nocnej podróży z Chiang Mai do Bangkoku postanowiliśmy nie zatrzymywać się w mieście, szybkie metro, dworzec autobusowy i szybki bus do Trat. Prom na wyspę, taryfka do miasta i już ok. 18 byliśmy na miejscu. Nawet z noclegiem.
dsc01385

Jak tak patrzę na to z perspektywy, to w sumie dojazd też bardzo prosty nie jest, a i dogadywać się z taksówkarzami trzeba było, ale… uroki samodzielności na miejscu.

Koh Chang. Dość głośna i ruchliwa główna ulica po zachodniej stronie wyspy, plaże z resortami i resortowymi restauracjami, szalenie dużo ludzi mówiących i noszących się po rosyjsku, ale generalnie dało się żyć J Ponad połowa wyspy to park narodowy, górzyste tereny pokryte dżunglą, po których można zrobić jakąś wycieczkę ponoć, ale nam zabrakło na to sił.

Po jednej awaryjnej pierwszej nocy znaleźliśmy domek na plaży w nieco odjechanym miejscu – Independent Boo (500 bathów za chatkę wysoko nad plażą, czwarta noc gratis przy rezerwacji czterech dni z góry). Nie przepadamy za integrowaniem się ze stałymi bywalcami, zwłaszcza ja nie lubię tych samych rozmów o niczym lub o trudnej historii sąsiedniej Kambodży i uśmiechach kambodżańskich dzieci, więc byliśmy nieco z boku całej głośnej i zgranej backpackerskiej ekipy, ale to akurat pozwoliło na fajne spędzenie czasu (książki, wzięliśmy za mało książek na wyjazd).

dsc01530

Leniwe śniadania jedliśmy w barze na plaży nieopodal, gdzie skupialiśmy swoją uwagę na przeuroczym psie polującym na małpy (taka tajska odmiana kota…), wieczorami natomiast atrakcją były kramiki z jedzeniem, które rozstawiały się na głównej ulicy. Owoce, świeży pad thai albo chicken basil, grillowane owoce morza (kałamarnica już za 25 bathów, w zależności od rozmiaru ceny rosną), naleśniki smażone w głębokim tłuszczu z dodatkami (roti), szaszłyki mięsne, co kto lubi. Jedynym minusem tego typu stołowania się na mieście jest nieprawdopodobna ilość śmieci, które w ten sposób powstają. Każdy ze sprzedawców daje jedzenie w poliuretanowym opakowanku/miseczce, do tego obowiązkowo siateczka, widelec albo dwa i tak z trzech rzeczy do jedzenia robi się torba śmieci. Żal było patrzeć na to marnotrawstwo i zaśmiecanie przestrzeni, ale nie sposób z tego wyjść. Mentalność Tajów nie pozwala im na użycie tego samego opakowania na dwa dania – chociaż prosiliśmy, żeby jedna z pań wrzuciła nam swojego pad thaia do opakowania od innej pani, ta się upierała przy daniu nam nowego pojemnika. Nie wytłumaczysz.

dsc01511 dsc01514

 

 

 

 

 

 

 

Co dziwi tym bardziej, kiedy pojedzie się na drugi brzeg wyspy. Zdecydowanie spokojniejsze miejsce, bez resortów ani backpackerskich miejscówek (bo wybrzeże porasta las mangrowy), za to totalnie zdewastowane. Śmiecie porozrzucane w lasach kauczukowych, ogólny rozkład, bieda, niby śmieci są segregowane, jednak drugi brzeg przypomina wysypisko. Po którym biegają małe dzieci. Dwa oblicza turystyki.

I tam też jakiś wąż chciał nam się rzucić pod koła skutera!

Południe wyspy jest fajną alternatywą dla okolicy, w której sami się zatrzymaliśmy. Więcej spokojnych resortów, więcej miejsc, nad którymi unosiła się relaksująca mgiełka palonego tego i owego, duże molo, zatoka, mała latarnia morska, wioska rybacka na wodzie.

dsc01433

Chyba nigdy w życiu nie miałam wakacji, na których czułam się tak zrelaksowana. To na pewno jest też zasługa Koh Chang – w sumie nie robiliśmy tam zbyt wiele. Większość aktywności życiowej poświęciliśmy na czytanie zaległych lektur (to właśnie tam Bela chciał rzucać Saharą Sabeli, tam też oboje pochłonęliśmy Terzaniego, a ja sadziłam ziemniaki w hubie ;)), taplanie się w morskiej zupie, opalanko, szejki owocowe i oczywiście changa. Wieczory umilały sesje siatkówki, wyjścia na wieczorne miejskie jedzenie, sączenie czegoś na plaży lub bieganko i crossfit Beli. I wifi 😉

dsc01473

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *