2 listopada 2016 Comments (0) Biegamy, Jeździmy

W czym biegnie Bela, czyli rurzowe błoto Łemkowyny

Rurzowy kartel

Karlików Ostoja ‒ trzy drewniane chatki 300 m (niektórzy twierdzą, że więcej) do punktu żywieniowego w Przybyszewie na 55. kilometrze ŁUT70 ‒ to miała być dziupla różowego gangu Smashing Pąpkins (jak nie wiesz co to: klik). Docieramy na miejsce dzięki uprzejmości celebryty, blogiera i trajlonisty Krasusa ‒ ojca chrzestnego tej pąpującej ferajny. Z każdego kolejnego samochodu (łącznie było ich chyba 9) wylewa się po kilku odzianych w róż człowieków (łącznie prawie 30). A z niepozornej micry to nie wiem ilu, bo straciłem rachubę. W kilka godzin zrobiło się różowo. Dosłowne i w przenośni, bo Pąpkinsi to wesoła ekipa, która oprócz pąpowania nie pogardzi grubą szyderą, męską depilacją, bezinteresowną pomocą i mocnym trunkiem. Przedstartowy wieczór szybko minął na ostatnich przygotowaniach sprzętu, planowaniu logistyki, pierwszych kontrolach zawartości tajemniczych butelek i szukaniu odpowiedzi na jedno najważniejsze pytanie: „W czym biegnie Bela”?

dsc07940-002


O starcie w Łemkowynie myślałem już od roku, kiedy to po raz pierwszy zawitałem w Beskid Niski, żeby supportować Kuertiego z Natural Born Runners. Podobała mi się błotnista (wtedy w nikłym stopniu) trasa z nietrudnymi, jak się wydawało, podejściami. Po niedoszłym Półmaratonie Warszawskim, który przechorowałem, i udanym Biegu Rzeźnika to miał być trzeci dość luźny cel na drugą połowę roku. Po lekko za długim porzeźnickim leniuchowaniu, do nieistniejącego planu i dzienniczka treningowego zaczęły wpadać kilometry wybiegań i szybkie jednostki z niejakim Dżołim aka 2:47. Zapowiadało się bardzo dobrze i nawet pojawiła się zdradziecka myśl, że na tym Łemko to nawet może jakieś TOP5 się uda, a TOP10 to już na pewno. I pan Buk się zaśmiał. Dwa tygodnie chorowania, jeszcze było do odrobienia, ale potem przyszło pejsowanie na Maratonie Warszawskim zakończone wizytą Pana ITeBeeSa, który skutecznie zminimalizował ilość treningów, kilometrów i gotówki w portfelu. Ostatecznie Pana ITeBeeSa udało się grzecznie wyprosić, ale wciąż czaił się za drzwiami. Coś tam udało się jeszcze pobiegać, ale tak naprawdę zapowiadał się start na tzw. świeżości. Poranek startowy bez historii. Pamiętam tylko toaletę, noc, deszcz i pojawiające się ciągle pytanie „W czym biegnie Bela”?

Góra‒Dół
Pierwsza zaczęła się zaraz po obowiązkowym myciu butów w strumieniu na początkowym kilometrze i szybko uświadomiła mi, że to góra będzie tego dnia górą. Szczególnie w tym roku nie jestem wybitnym górskim koniem pociągowym. Brak treningów siłowych sprawił, że podbiegi idą mi jak krew z nosa i czuję się jak przysłowiowa furmanka. Na pierwszej górze zachowałem godność, utrzymując się w drugiej dziesiątce. Na podejściu na Cergową godność odebrał mi „kolarz”, który tam, gdzie ja ledwo podchodziłem, wbiegał trzy razy szybciej. A to dopiero nasty kilometr, pierwsze bezpieczniki przepalone. Dalej było już tylko gorzej. Sytuację ratowały płaskie odcinki, a szczególnie zbiegi, na których odrabiałem straty. Moje zbiegi to w ogóle jest jakaś anomalia, bo jak na człowieka bez jednego błędnika (takie coś odpowiedzialne za równowagę), delikatnie mówiąc, nieźle pomykam w dół, nawet błotnistego zbocza. Nie rozumiem, ale nie narzekam.

p-rysz

Najszybszy plemnik Łut70. Fot. Pan Ryszard

Błoto
Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę, ale błoto to błoto, po ch… cholerę drążyć temat. Ok, może było go „odrobinę” więcej niż się spodziewałem, ale to jest Łemkowyna, a raczej Błotowyna. ŁUT bez błota to jak pąpkinsi bez magenty. Nie da się. Potraktowałem błoto jako coś normalnego, jak igły na drzewach, jak śnieg na Zimowym Karkonoskim. Po prostu jest i nic z tym nie zrobię. Takie nastawienie razem z zasłużonymi mudclawami dowiozły moje cztery litery do mety bez maseczki błotnej. Co ważne, na zbiegach starałem się nie hamować, bo, wbrew logice, hamowanie było właśnie proszeniem się o błotny dupoślizg. Oczywiście nie uniknąłem kilku figur godnych finału programu „Gwiazdy tańczą na błocie”, ale ostatecznie do „Celebrity Splash” się nie dostałem. Kto mnie zna, wie, że lubię sobie pomarudzić, ale jeśli chodzi już o samo bieganie to generalnie wszelki trudny warun znoszę bez większego mazgajenia i wiem, że jak jest źle to będzie lepiej. Jak nie za kilka minut to na pewno na mecie. Natomiast w tym miejscu oddaję najwyższe wyrazy uznania ludziom na 150-ce (i może 80-tce). Oni mają prawo mówić o błocie, pozostali niech milczą.

dsc07760

W promieniach słońca jakby nieco lepiej się prezentuje…

Asfalt
Oględnie mówiąc, nie lubimy się. Biegam na nim najszybciej, ale też najbardziej się męczę psychicznie. Pierwszy dłuższy przelot do punktu w Iwoniczu jeszcze jakoś zdzierżyłem, dotrzymując kroku, jak się później okazało, Hiszpanowi. Odcinek za punktem przez miasteczko został już napiętnowany solidną glebą podczas manewrowania na mokrej nawierzchni amfiteatru. Niby w dół, ale kolejne bezpieczniki już jarały się jak Legia Ligą Mistrzów. Spotykając żoneksa z pąkibicami, robiłem jeszcze dobrą minę do złego wszystkiego. W Rymanowie kolejny czarny przelot zakończony pomyłką trasy, stratą 5 minut i czterech miejsc. Brawo Bela.
Ale miało być o asfalcie. O 6 kilometrach cholernego asfaltu wiodącego do punktu żywieniowego w Puławach. Nie błoto, nie deszcz, ale właśnie ten odcinek (plus dwie kobiety 30 m za plecami) zniszczył mi psyche najbardziej i sprawił, że w Puławach chciałem zejść z trasy. Ale uratowali mnie Oni.

pa220318

Przybyszów w obiektywie p. Ryszarda

Oni
Czyli ogólnie ludzie, wolontariusze, nieznajomi, ale najczęściej znajomi, a prawie zawsze moja żonex. Są, czasami coś mówią, krzyczą, czasami zaklaszczą, czasami kopną w dupę. Albo jak Pan Ryszard,  zrobią zdjęcie małpką w najmniej oczekiwanym miejscu (ochrzciłem go Januszem zanim dowiedziałem się, że to Rysio). Są ważni, dla mnie bardzo ważni. Im dłużej biegam, tym bardziej ich doceniam i wiem, że mają niemierzalny wpływ na mnie i na moje bieganie ultra. Wystarczy, że są. Czasami przez 5 sekund, a czasami przez minutę. Wystarczy. Są obok, ale są ze mną. Są ostatnim łącznikiem biegowego wewnętrznego chaosu z zewnętrzną rzeczywistością. Bez nich się nie da. Dziękuję Rysiowi za jedyne foty, jakie mam z biegu. Dziękuję żoneksowi za wspólne 200 m na ostatnim kilometrze. Dziękuję Krasusowi za kopa w dupę w Puławach (masz „tylko” 5 minut do trzeciego). Dziękuję Kargolowi za kijki (bo nie przyjechał i ich nie pożyczył). Dziękuję Ali, że nie trafiła mnie dzwonkiem w Przybyszowie. Dziękuję, Rurzowe Człowieki.

img_2600

Głowa
Jak widać głowę fizycznie mam jak każdy, no może z lekko za dużym nosem i guzami. Jednak kolejny bieg ultra uświadamia mi, że mam też chyba inną „głowę”, do długiego biegania. Głowę do przekraczania kolejnych, jak się wydawało, nieprzekraczalnych granic. Myślałem, że pod tym względem tegoroczny Rzeźnik był krańcem wszechświata, ale się myliłem. Na Łemkowynie byłem w stanie przyśpieszać (względnie) od 40. kilometra, mimo że zmagałem się z kryzysem od ponad godziny. Byłem w stanie uciec dziewczynom, wyprzedzić czwartego, postraszyć trzeciego, a potem przez ostatnie 10 km uciekać skutecznie przed zawodnikiem, który ostatecznie okazał się pierwszym z trasy ŁUT48. Na razie nie ogarniam tego rozumowo, ale nie chcę tego stracić. A dlaczego to mam i skąd może pozostać tajemnicą tak samo jak to „w czym biegł Bela”.

mem-dzoli

A w czym naprawdę biegłem?
O butach już było – Inov-8 Mudclaw
Kurtka Compressport Huricane Windstorm – testy dla MagazynBieganie.pl
Podkolanówki RoyalBay Neon
Stuptuty Inov-8 Debrisgaider 32
Longsleeve Adidas Adistar Primeknit
Kamizelka The North Face Lavaredo Ultra Trail Finisher
Rękawiczki Ronhill Switch Glove
Leginsy Adidas Supernova 3/4

Co jadłem?
Sześć żeli Ale (najlepszy smak tu)
Cztery żele Enervit (takie) i jeden taki
Jeden baton Chia
Jeden baton Raw Bite

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *