18 lutego 2016 Comments (0) Focimy, Jeździmy

Skuterem na północ

Choć naprawdę urocze i spokojne jak na tajskie warunki, Chiang Mai to dość małe miasto. Marzył nam się wypad w góry, ale oczywiście na własną rękę. Opłaciliśmy z góry nasz ciemny pokoik, wynajęliśmy skuter i na dwa dni pojechaliśmy w góry, w stronę granicy z Birmą. Jak zwykle bez planu, z ledwie zarysowanym celem i miejscem noclegu. Ale mapa sobie, a rzeczywistość sobie…

DSC00755




Zanim jednak zrobiło się gęściej, zatrzymaliśmy się w jednym z ośrodków dla emerytowanych słoni. W ofertach biureczek podróży można wykupić wycieczki pakietowe: wezmą z hotelu, zawiozą do słoni, dadzą je nakarmić, dadzą je umyć, dadzą na nich pojeździć, a to już za 330 zł! Jak na tajskie warunki to sporo pieniędzy, to raz. Dwa, nie poczuję się lepiej po przejażdżce na słoniu, który po tejże przejażdżce znowu zostanie przypięty do łańcucha… Dlatego zatrzymaliśmy się przy takim miejscu, gdzie słonie można było nakarmić, obejrzeć, pójść na ich cmentarzysko, ale z racji wieku miały znacznie przyjemniejsze życie – już wystarczająco mocno się napracowały.

DSC00704

 

Zatem „marzenie: słonie” też zostało spełnione 🙂 Pojechaliśmy dalej. A im dalej, tym ciekawiej się robiło. Drogi przestały mieć oznaczenia, miasteczka, a dalej wsie niekoniecznie miały tabliczki z nazwami. Jechaliśmy raczej na czuja niż zgodnie z mapą. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jedziemy po miejscach chyba nieodwiedzanych przez turystów (przynajmniej nie powszechnie). Kręte drogi gdzieś w dżungli, małe chatki tej dżungli wyrwane, dzieci krzyczące do nas „hello!” z najpiękniejszymi uśmiechami świata, a czasem tak nieśmiało, że nawet na to „hello” nie starczało im odwagi, tylko patrzyły zaciekawione. Zachodzące słońce, złota godzina. Magia. Choć do mniej więcej określonego celu daleko. Spotykaliśmy ludzi, którzy mimo nieznajomości angielskiego szalenie mocno starali się nam pomóc. Najczęściej grupą dywagowali nad tym, w którą stronę mamy jechać. Trochę się z nas śmiali, zwłaszcza gdy kaleczyliśmy nazwy miejsc w tajskim, ale byli szalenie serdeczni i pomocni.

DSC00776

DSC00765

W jakiejś malutkiej wiosce trafiliśmy na stację benzynową. Mnie pochłonęła zabawa z małym kundelkiem przypominającym nieco amstaffy i inne pitbullopodobne psy, jego właścicielka poczęstowała nas ryżem pieczonym na słodko w tykwie bambusa – mniam!

DSC00721

Krążyliśmy po różnych wioseczkach, drogach w stanie dobrym albo żadnym, podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Niby tylko 120 km, ale jednak dało się to we znaki. Zmierzch zastał nas na świeżo wyasfaltowanej drodze pośrodku niczego, śmierdzi parującą nawierzchnią drogi. Ciemno, bardzo zimno, zajechaliśmy do sklepu spożywczego przy głównej drodze, zapytaliśmy o nocleg (na migi), po chwili zjawił się znajomy pana ze sklepu, który zabrał nas do swoimi siłami budowanego hotelu, kilku bungalowów przy drodze. Ciepłe łóżko po całym dniu na skuterze to było to! Pewni szczęśliwcy nawet ponoć mieli ciepłą wodę pod prysznicem…

Drugi dzień, w domyśle powrotny. Udało nam się wpaść na tajską plantację truskawek. Nie były takie słodkie jak nasze, jednak truskawki w grudniu w Tajlandii to było coś fajnego 🙂 Na północy pół obsianych truskawkami jest szalenie dużo. Udało nam się też raz uniknąć przejechania węża, który postanowił zrobić sobie szybki wypad na drugą stronę drogi po gorącym asfalcie.

DSC00743

 

Próbowaliśmy obejrzeć parę wodospadów i tajski gejzer, ale tajskie władze kazały sowicie płacić nie-Tajom za wstęp do jakiegokolwiek tego typu miejsca. Wymoczyliśmy się zatem tylko w jednym wodospadzie, naprawdę ładnym, inny obejrzeliśmy na nielegalu, a gejzer… Widzieliśmy na Islandii, lepiej może być tylko w Yellowstone.

Tą samą co wcześniejszego dnia wyasfaltowaną drogą, a potem jej odcinkiem jeszcze w budowie, wyjechaliśmy na jakieś większe drogi. Szkoda było trochę tego klimatu małych miejscowości, a i do Chiang Mai niespieszno nam było wracać, dlatego obraliśmy kurs na lewo, na Chiang Dao. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się jeszcze tego samego dnia zrobić szybki trekking na szczyt o tej samej nazwie, ale jednak jazda po krętych drogach zajęła nam nieco zbyt dużo czasu. Została jaskinia pod Chiang Dao!

DSC00966Cały kompleks jest naprawdę duży, składa się z ponad 100 jaskiń ciągnących się na 10-12 km wgłąb góry, tylko kilka zostało udostępnionych do zwiedzania. Te ogólnie dostępne wypełnione są posągami Buddy (stąd wymagany odpowiedni strój, wjazd 40 bathów od głowy), kilka innych nie ma oświetlenia, ale można wypożyczyć przewodnika (100 BTH ekstra) z lampą naftową, który oprowadzi nas po zakamarkach i uprzedzi, gdzie uważać na głowę 🙂

W sumie jaskinie jak jaskinie, te w Tatrach kapkę fajniejsze, ale przez wymiar religijny warto do nich zajrzeć.

Gdy wyszliśmy z kompleksu, słońce zaczęło już powoli zachodzić, dlatego nie zatrzymując się już po drodze wróciliśmy do Chiang Mai.

DSC00989

Krótki trip skuterowy zakończyliśmy z 310 km na liczniku. Dla kierowcy było to znacznie przyjemniejsze niż dla mnie, trudno było po powrocie w jakiś niebudzący politowania sposób zejść z tej diabelnej machiny. Choć teraz, z perspektywy czasu, pojechałabym na taką wycieczkę jeszcze nie raz 🙂

DSC01001

Kosztowo: wypożyczenie skutera i kasków na dwa dni kosztowało nas ok. 600 bathów. Benzyna za dwa dni wyniosła niewiele, można zaokrąglając powiedzieć, że zmieściliśmy się w tysiącu bathów za skuter. Najdrożej wyszedł niespodziewany nocleg, bo aż 690, plus 250 za śniadanie. W Chiang Mai za 250 mieliśmy pokój. Ceny jedzenia po drodze to jak zwykle tyle co nic.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *