2 stycznia 2015 Comments (0) Biegamy, Jeździmy

Piekło jest na Kanarach

Jakoś w sierpniu 2013 Kuerti z NBR zapisał się na bieg. Transvulcania. Kilian tam biega. No to co?
To jedziemy. Logistyka wspaniała, ale o tym już było. Sam start! Bieg! Meritum wyjazdu! Zatem na dwa głosy!

 

Ola: Druga w nocy, budzik wyrywa mnie ze snu, biegacze wstają. Oczywiście nieogarnięci, oczywiście mnie budzą, oczywiście hałasują jak cholera, oczywiście wybiegają z mocnym poślizgiem i na ile ich znam, jestem pewna, że przez deptak, który dzieli nasz apartament od miejsca odjazdu autobusów, oczywiście biegną (że niby rozgrzewka), bo są mocno w niedoczasie. Usypiam, bo w końcu cicho i spokojnie 🙂

 

Bela: Truchtem (bo oczywiście spóźnieni) docieramy na przystanek autobusowy. Trzecia rano. Grupka ultrasów w ciszy ładuje się do autobusu. Mimowolne spojrzenia: kto w jakim sprzęcie, jakie buty, jaka łyda
(i czy wydepilowana?), jaki wyżyłowany, jaki kozak ‒ co ja tu robię?!

W autobusie część drzemie, część coś podjada, ściszone rozmowy w różnych językach. Ja w typowym trybie przedstartowym „niechcemisię” połączonym z euforycznym „oqrwabędziejazda”. Jedziemy kilkanaście kilometrów na południowy kraniec wyspy do Los Canarios, skąd zwalamy się 700 m w dół
do samego oceanu na miejsce startu, do latarni Fuelcaliente ‒ no to fajny podbieg będziemy mieli
na początek.

Dojeżdżamy. Korek. Tłumy ludzi. Wysiadamy z autobusu, idziemy w rzece czołówek, jest latarnia, jest ocean i… pizga jak w Kieleckiem. W Santa Cruz ciepła, bezchmurna noc, a tutaj jakieś wietrzne „winter is coming”. A do startu jeszcze ponad 1,5 godziny. Każdy murek, każda skała, każde miejsce, które daje osłonę od wiatru, wypchane skulonymi biegaczami. Nie ma gdzie szpilki wetknąć. Wyciągamy nasze przeciwwiatrowe kurtki inova, które niewiele pomagają, i próbujemy przetrwać ten czas do startu. Rundka wokół latarni (wszędzie skulone grupki bezdomnych), wizyta w tojtojkach na samym brzegu morza, ostatni rzut oka na zawartość plecaka, wizyta w tojtojkach tak na zapas i wbijamy się w strefę startową z myślą, że w tłumie będzie cieplej. I owszem, mniej wieje, ale dreszcze towarzyszą mi do samego startu.

Zdjęcia, filmy, podskoki, smsy do najbliższych, po raz trzeci sprawdzam sznurówki. Spiker nawija po hiszpańsku, nazwiska faworytów, którzy na pewno nie zmarzli. Trzy minuty do startu orgowie dają w palnik – puszczają Highway to Hell AC/DC – hymn startowy Transvulcanii, w końcu La Palma to upał i wulkany czyli piekło. Śmiać się czy bać się? Nie ma odwrotu, lecimy, przynajmniej będzie cieplej.

 

Bieg!

Bela: Poszli. Jest ciasno. Nie da się biec. Na początek honorowy truchtospacer wokół latarni i zaczynamy jazdę do piekła. Dwa rzędy kamieni w pyle wulkanicznym wyznaczają półtorametrową ścieżkę, która nie jest w stanie ogarnąć 1700 biegaczy. Wszechobecny pył w świetle czołówek i kibice, masa kibiców (co oni tu robią o 6 rano?!). Co szybsi cisną bokiem, cisnę i ja, nie będę spacerował jak noga podaje. Jest więcej pyłu, bardziej grząsko, ale szybciej, wyprzedzam, jest adrenalina. Kuertiego zgubiłem już na starcie. Oglądam się za siebie, może jest gdzieś za mną. Zamiast niego widzę coś wspaniałego: rzekę światła mozolnie wspinającą się od morza. Teraz oglądam się co chwila, warto.

Rzeka światła. Fot. Saul Santos

Po 2,5 km wybiegamy na szerszą drogę, nie ma pyłu, jest wygodnie i w miarę płasko. Dalej wyprzedzam. Belowski, ty pało, za szybko, weź się uspokój, bo za to zapłacisz. Ogarniam się, zwalniam. Pierwsze uzupełnienie płynów, jakiś baton. Znajduję swoje miejsce w stawce. Zaczynamy kolejne podejście, wszyscy idą w ciszy. Trzech zawodników mija nas w biegu. Albo to mocne łydy, które zaspały na starcie, albo jacyś debiutanci, których zaraz sfurmanimy. Trudno rozpoznać, bo wszyscy w kompresach i w pyle.

Obiegamy wulkan San Antonio. Wiem, gdzie jestem (byliśmy tu dzień wcześniej na zwiedzaniu), ale wiem również, co mnie za chwilę czeka: nieprzyjemny kilometr sztajchy po asfalcie do miasteczka Los Canarios, gdzie jest pierwszy punkt z wodą. O dziwo, poszło w miarę gładko. Na pewno pomogło miasteczko,
a dokładnie wszyscy jego mieszkańcy, którzy wylegli na ulicę. Czegoś takiego się nie spodziewałem: kobiety, mężczyźni, dzieci, niemowlaki, psy, koty, teściowe, wszyscy kibicują, a przecież dopiero świta, nie ma jeszcze ósmej. Masz to w Polsce? Vamos! Venga! I jak tu nie biec?

Cisza. Las Sosnowy. Miał wulkaniczny tłumi kroki. Los Canarios gdzieś za nami zagrzewa kolejnych zawodników. Trawers pierwszego wulkanu i magia, jedna z chwil typu „dlaczegoniemamgołpro”: sylwetki biegaczy zasnute pyłem wulkanicznym na tle sosen i wschodzącego słońca. Rozkładówka w Bieganiu gwarantowana. Minuta, dwie, trzy i po wszystkim, wracam do walki. Krótki zbieg i kolejne dłuższe podejście. Nie jest lekko. Belowski, przeszarżowałeś, a przed tobą ponad 50 kaemów, prawdopodobnie w piekarniku. Z trudem staram się trzymać miejsce w stawce, ale co jakiś czas łyka mnie jakiś parowóz z wagonami. Przestałem liczyć, nie wiem czy to czwarty, czy piąty wulkan. Zresztą co to za różnica, skoro i tak nie pamiętam, ile mamy ich minąć na tym etapie. To już ostatni, a jednak nie, za nim wychyla się kolejny
i kolejna sztajcha. Pierwsza awaria psychy.

Jest punkt żywieniowy. W końcu. Będzie lżej. Koniec podbiegów, przynajmniej na razie. Psycha reanimowana.  Dobrze, że nie byłem świadomy, że to dopiero 18 km. Aquario? Agua? Biorę wszystko co dają i lecę w dół. Lecę i wyprzedzam, a mnie nie wyprzedzają. Jest dobrze. Kończy się pył i otwarty teren. Wbiegam do lasu. Cisnę drogą, ciągle w dół, jest łatwo technicznie, szybko. Wyprzedzam. To lubię.

Lekki szmer przeradza się w szum, a ten przechodzi we wrzawę. Co jest? Mecz piłkarski? Tutaj? Dwa ostatnie zakręty i wpadam na „stadion”, jestem w El Pilar. To miał być punkt żywieniowy, a to mi wygląda
co najmniej jak meta New York City Marathon. Czym oni w ten środek lasu dojechali? Tysiące ludzi. Spiker krzyczy. Obsługa się uwija. Kilka stoisk z wodą, izotonikiem, kolkom, owocami, kanapkami, batonami, bigosem (wróóóć), czekoladą itp. Tłum biegaczy. Jedzą, piją, biesiadują, robią zdjęcia. Kibice skandują. Napełniam bidony, a raczej przeobsługa mi je napełnia. Piję, za dużo, wciągam arbuza, drugiego, trzeciego, rodzynki, co tylko wpadnie mi w ręce. Minuta, może dwie i lecę, bo i tak się zasiedziałem.
A biesiada trwa w najlepsze. Rozglądam się za Olkiem, miała tu dotrzeć autobusem i stopem. Nie ma, za dużo ludzi. Może będzie gdzieś za punktem, bo szpaler kibiców ciągnie się dobre kolejne 500 m, też nie ma. No nic, może mnie widziała, a ja jej nie. Dojadam zdobycze z bufetu. Jest płasko, truchtam. Tylko dlaczego tak wolno?

 

Ola: Ciągle nie wiem, czy jestem sową, czy skowronkiem. Albo jednym i drugim, albo ani jednym, ani drugim. Na La Palmie nie mogłam wstać, autobus na drugą stronę wyspy złapałam o 8, czyli godzinę za późno w stosunku do planów (chłopaki już od dwóch godzin powinni napierać). Wysiadłam tuż za tunelem, skąd miałam jeszcze 8 km (serpentynami, pod górkę) do pierwszego punktu żywieniowego, czyli schroniska El Pilar. Próbuję łapać stopa, idę wąziutkim poboczem asfaltowej drogi, przy mnie jak szalone pędzą samochody wypełnione po brzegi ludźmi (kibice, maratończycy, dzieciaki  ‒ w El Pilar startował transvulkański maraton, kończył się półmaraton i odbywały się jakieś dodatkowe atrakcje dla ludności
i dzieciaków), jeden za drugim, jeden za drugim, wiatr wieje mi prosto w oczy, nikt nie reaguje na moje nieśmiałe próby łapania stopa. Wiem, że jest już za późno, żeby złapać Belę na punkcie. Pewnie śmiga już na trasie za El Pilar. Twardo idę do przodu – zrobię tam chociaż parę zdjęć, żeby mu pokazać, że dotarłam 😉

Jestem bliska płaczu i odwrócenia się na pięcie i zrezygnowania z El Pilar, gdy zatrzymuje się upragniony samochód. Tata jechał z synkiem na start dziecięcego biegu przy Transvulcanii. Szalenie bym im chciała powiedzieć, jak bardzo jestem im wdzięczna, jednak mój żadny hiszpański na to nie pozwala, a oni nie mówią po angielsku. Na serpentynkach korek. Parkujemy spory kawał przed El Pilar, cudem znajdując miejsce. Nie czekam, lecę. Najszybszy podbieg w życiu chyba zrobiłam!

Idę w stronę hałasu. Tłumu. Zamieszania. Dopycham się do taśmy, widzę tłum ciemnowłosych biegaczy z gładkimi łydkami, coś przełykają, komuś machają, robią sobie zdjęcia. Stoję, trochę zdezorientowana, bo nie znam ziomów, więc trudno mi się rozeznać w stawce – na jaki czas biegną? Jak się to ma do Beli, jak do Kuertiego? Ten ostatni jednak wbiega chwilę później na zakręt, na którym stoję. Krzyczę mu tylko, żeby się nie poddawał, ten biegnie dalej, żegna mnie imię na plecach…

W tłumie wychwytuję znajomą buffkę, z Biegu Ultra Granią Tatr. Polacy, kojarzę ich z Instagrama (signum temporis ;)), czekam, aż dziewczyna pomoże swojemu zawodnikowi i gonię za nią jak szalona. Udało się! Ma do dyspozycji samochód, podwiezie mnie do Los Llanos, przynajmniej tyle mi się udało wskórać, uff.

Kuerti w El Pilar

Kuerti w El Pilar. Fot. Olek

Bela: Płasko, szeroka droga po grzbiecie dzielącym wyspę na dwie części, ośmiokilometrowa monotonna, najłatwiejsza przelotówka bez historii. Jedyne co pamiętam to rowerzyści (bo to również popularny szlak rowerowy) i śmigłowiec Guardia Civil, który krążył wzdłuż trasy. I tempo, pewnie jakieś masakrycznie wolne. Dobrze, że nie mam zegarka z GPSem, bo byłaby załamka. Nogi jeszcze biegną, ale to głowa zaczyna przejmować kontrolę. Ale nikt mnie prawie nie wyprzedza, za to ja dopadam jakąś rozproszoną grupkę. Łykam ich przed kolejnym punktem, który wyrywa mnie z marazmu. Po raz pierwszy tego dnia doświadczam błogości dzbanka lodowatej wody wylanej na głowę – tak, piekarnik zaczyna się nagrzewać.

Przeobsługa: Aquarios? Agua?
Ja: Por favore.Gracias.Quantos kilometros hasta agua proxima?
Przeobsługa: Nueve.

Dziewięć kilometrów do kolejnego punktu. 800 m w górę. Biorę pełne bidony i dodatkowe pół kubka na szybko. Od tej pory jeden bidon służy tylko do gaszenia gotującej się czaszki. Zaczynam fragment, który znam. Tylko, że dwa dni wcześniej wbiegałem tutaj jak na skrzydłach urzeczony widokami, teraz marsz wymaga niemałego wysiłku. A na dokładkę znowu pojawiają się parowozy i mnie furmanią. I to kobieta. Co za moc. Belowski, poszalałeś na początku, to chociaż teraz bądź mądry. Podchodzę więc swoim tempem. Parowozów już nie widać. Płaskiego prawie nie ma. Nieliczne zbiegi lecę przyzwoicie. Nawet wyprzedzam. Podejście, krótki zbieg i znowu soczyste podejście i tak w kółko.

Belak satan

Road to Hell. Fot. Tony Perez

Głowa w trybie ultra. Teraz ona napiera, dlatego to,
co wokoło, rejestruje tylko wybiórczo. A tam piękne widoki. Wyspa jak na dłoni, ocean po obu stronach… Grubo ponad 2000 m wysokości. Szlak marzenie. Widzę to, ale nie widzę. Inni zawodnicy są, ale ich nie ma. Działam jak automat. Nie odnotowałem zmiany krajobrazu. Las został gdzieś za mną. Robi się surowo. Księżycowo. Roślinność znika. Na lewo widzę przedziurę krateru, który będę musiał obiec łagodnym łukiem w lewo. Mój mózg mnie chroni i nie dopuszcza do mnie myśli o tym, jakie to są odległości. Wole nie wiedzieć. Kolejny punkt z wodą po 9 km, następny po 5 km. Prawie ich nie pamiętam. Pewnie standardowa procedura: kilka dzbanków na głowę, parę kubków do środka, bidony do pełna, pytanie o odległość do kolejnego punktu i wracamy do sauny. Przede mną kolejne 10 km.

Podejście na najwyższy punkt: Roque de Los Muchachos – 2426 m n.p.m. Automat jeszcze działa, ale piekarnik robi swoje. Po raz pierwszy zabrakło mi wody przed dotarciem do kolejnego punktu. Nie mam czym schłodzić głowy (nie mam też czapki). Nie mam nic, żeby wlać w siebie. Zaczynam się gotować. Nie wiem, ile mam do punktu. Nie widać go. Zwalniam. Świadomie i nieświadomie. Idę nawet na płaskich fragmentach. Podejście morderca. Stan porównywalny z podejściem pod Krzyżne na Biegu Ultra Granią Tatr, tylko nie widzisz końca, a temperatura powyżej 30 stopni. Kluczę między dużymi głazami, wspinaczka, serpentyny, kilka metrów w prawo, kilka metrów w lewo. Pusto. Nie zauważam fotografa, który był zapowiedzią zbawienia. Kolejny zakręt. Kolejne głazy. Brawa. Niebo. Raj.

 

Ola: Zostawiłam dziewczyny (bo były dwie), idę w swoją stronę. Do pierwszego zawodnika masa czasu, meta się rozstawia, lokalni staruszkowie okupują co lepsze ławki z widokiem na czerwony dywan, wokół masa rodzin z dziećmi, cała wyspa jest chyba w Los Llanos i czeka na koniec rywalizacji najlepszych. Kawka, wifi, spokój. Krążę, czas leci, zajmuję upatrzoną wcześniej pozycję pod zdjęcia, czekam na Kiliana.

Tłum gęstnieje. Nagle orientuję się, że jestem otoczona przez ogromną zgraję dzieciaków. Powtarzane jak mantrę słyszę tylko jedno słowo: „Kilian”. Dzieciaki bawią się w Kiliana, wbiegają na czerwony dywan
z rozpiętymi ramionami jak Kilian lub rękami uniesionymi w geście zwycięstwa jak Kilian, przybijają piątki
z innymi ludźmi jak Kilian, ogólnie fiesta, zabawa i generalne wyczuwalne uwielbienie dla Kiliana. Jego imię pojawia się wszędzie: dzieci, dorośli, Depa też tylko podgrzewa atmosferę, powtarzając, że Kilian ma stratę do Luisa Alberta Hernanda, tłum szaleje, ja coraz bardziej nie ogarniam, ale czym bardziej nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje, tym bardziej mnie to zachwyca. Biegacze, tyle tracicie tym całym bieganiem
i startowaniem! Meta i oczekiwanie na Was, to jest dopiero przeżycie!

Bela: Roque de Los Muchachos – punkt żywieniowy na wypasie, przeobsługa w liczbie milion, zupa, makaron, kanapki, kolka. Co tylko chcesz, pod warunkiem, że Twój żołądek też chce. Zbawienie dla jednych, dramat dla innych. Trudno uwierzyć, ale mnie piekarnik tylko lekko przyrumienił. Na ziemi i na ławkach zawodnicy zjarani na popiół. Zgony. Nigdzie dalej nie pobiegną, a nawet jeśli kilku da radę, to nie wyruszą prędko. Piję i jem, ile mogę. Reanimacja. Ale szukam najważniejszego: dzbanków z wodą. Są, zaraz za punktem. Lepiej – jest też ziomek z wężem. Jeszcze lepiej – jest beczka z wodą. Polewka, dwa nurkowania w beczce, banan i lecę.

Naprawdę lecę. Jest w dół, ale takie lekkie w dół. Można cisnąć, wyprzedzać nawet. W euforii zapomniałem, że czeka mnie prawie 20 km nieustannego zbiegu, z wysokości 2500 m na poziom morza. Ale po co się martwić. Przecież było źle, a jest dobrze. Mózg mnie chroni. Zaczyna się las, więcej cienia, ale już nie jest tak łagodnie i trudniej technicznie. Wyprzedzam. Ale i mnie dopada jeden chico loco, chyba nie-Hiszpan. Siadam mu na ogon. Dobrze ciśnie, z trudem utrzymuję tempo. Qrde, kolejny, a raczej kolejna. Dziewczyna, młoda Hiszpanka. Biegnie na lekko czyli maraton. Puszczamy ją na wąskiej ścieżce. Błyskawicznie ucieka nam za zakrętem. Ale co jest? Znowu ona, już nie biegnie. Kontuzja? Nie, natura wzywa na środku ścieżki, litr wypitej wody robi swoje. Śmiechowa sytuacja. Przyspieszamy z nie-Hiszpanem, żeby jej nie krępować. Uśmiechy na twarzy. Mija nas chwilę później, jeszcze szybciej niż za pierwszym razem. Taka sytuacja.

Zaczyna się jazda. Miękką leśną ścieżkę pokryły kamienie i korzenie. Mój nie-Hiszpan się oddala, ale ja nie chcę ryzykować skręcenia. Zbiegam na granicy możliwości, ale nie na wariata, nie warto. Doganiam mojego nie-Hiszpana, ma awarię, podkręcił kostkę. Upewniam się, że nie potrzebuje pomocy i lecę. Jeszcze uważniej, a mimo to dwa razy ratuję się cudem przed najgorszym. W końcu wytchnienie, płasko i miękko. Dopiero teraz czuję, co zrobiłem moim czwórkom, miazga jakaś, a to dopiero połowa zbiegu. Docieram do kolejnego punktu, kolejnych dzbanków. Arbuz, banan i lecę…

Tylko że już nie lecę, już nie lubię zbiegów. Ja ich nienawidzę! Dajcie mi jakiś podbieg! Ciągle w dół, między polami, plantacjami bananów, po kamiennych drogach, asfalcie. Staram się hamować, boli. Puszczam nogi, też boli. Do czwórek dołączają się palce, które miażdżę przy każdym kroku. Ale nie staję. Biegnę, bo gdzieś musi być koniec tej katorgi.

Zbliżam się do krawędzi wzgórza, pod nim widzę miasteczko, ale wciąż jestem dobre kilkaset metrów nad nim, a przede mną stroma ściana. Tam nie może być żadnej drogi. A jednak jest, kamienna ścieżka serpentyn w pionowej ścianie wzgórza. Chyba sobie żartujecie. Biegnę, a raczej ratuję się przed spadnięciem. Mój mózg odłączył chyba sygnały bólowe płynące z czwórek i palców, które właśnie zabijam. Na tych schodach piekła wyprzedzam dwóch innych skazańców. Nie widzę, ale słyszę miasteczko poniżej. Spiker na mecie maratonu przekrzykuje kibiców i jakieś letnie hity muzyczne. Trzy kolejne zakręty, jakieś dwa domy, zakręt, kolejny i wpadam wprost na promenadę. Wrzawa. Płasko.

 

Ola: Jest Luis Alberto! Pierwszy, przed Kilianem. Tłum nieco rozczarowany, aplauz jest, ale jak na taki tłum spodziewałam się czegoś bardziej entuzjastycznego… Za chwilę biegnie, jakby nieco zawstydzony tą wrzawą, którą jego pojawienie się wzmaga, Kilian. Nieśmiały, uroczy, zmierza ku mecie, machając wszystkim dokoła. Co się wtedy dzieje! Dzieci krzyczą, kobiety piszczą, faceci mdleją, komórki robią tysiące zdjęć, Kilian na czerwonym dywanie, wszyscy wyją z zachwytu i radości. Nigdy w życiu nie widziałam tak pozytywnie nakręconego tłumu, jeden wielki wiwat, jakby ktoś wygrał wojnę. Coś wspaniałego! A po Kilianie… „Vamos a la playa”. Nie ma się co oszukiwać, mieszkańcy La Palmy byli tam tylko dla niego 🙂 Przy okazji ‒ na straganie z książkami wynalazłam znajomy tytuł, Correr o morir. 17th edition. 17 wydanie! Sie-dem-na-ste!

Prawda, że jakby nieco wzruszony albo nieśmiały? Fot. Olek

 

Bela: Puerto de Tazacorte. Meta maratonu, nie moja. Sielanka. Kawiarnie. Muzyka. Zabawa. Po prawej plaża. Ludzie czilują, a mi nogi weszły w dupę. Ludzie się kąpią w oceanie, a ja szykuję moje palce na kotlety mielone. Ale zostało tylko 5 kaemów, łagodnie po asfalcie, 300 m w górę. Ja nie dam rady?

Nadmorska promenada. Błyskawicznie uwijam się w punkcie. Biegnę. Bo płasko. Bo kibice patrzą na ciebie z podziwem. Animo! Venga! Chico! Jak tu nie biec? Skręt w prawo na plażę. Zara, zara. Jakie w prawo? Miało być w lewo na drogę. Kawałek plażą i w końcu przeobsługa (wróóóć) inkwizycja kieruje mnie w wymarzone lewo. Taaa, wymarzone? Wbiegam (a raczej już wmaszerowuję) pod mostem w wyschnięte koryto rzeki! Zmienili trasę! Masz babo rzekę. Trzeba było wysiedzieć do końca na odprawie.

Odcinek na swój sposób wyjątkowy i piękny, ale nie w tym momencie, nie dla mnie. Pamiętam wredne małe kamulce na dnie rzeki, które muszę omijać. Potem większe, po których można skakać. Ale ja nie mam już siły. W końcu wąski, kilkumetrowej wysokości kanion w dnie koryta rzeki. Gonię jakiegoś kolesia, przed nim kolejny. Mnie też ktoś goni. Mijam jednego. Idę, czasami podbiegam. Jest! Wyjście z rzeki, będzie łatwiej, bez kamieni, może w końcu asfalt.

Naiwność walnęła mnie w mordę. Jest droga, ale kamienna. Stromo. Cholernie stromo. Trawers zbocza, raz w lewo, raz w prawo, serpentynami między plantacjami bananów. A jeszcze 3 km wcześniej marzyłem
o podbiegu. Głupi ty. Z nostalgią wspominam odcinek rzeczny. Marsz? Chciałbym. Każdy krok to minibitwa. Zgarbiony jak stary dziadek z brodą przy kolanach, rękami odpycham uda. Przede mną trzech innych zawodników prowadzi swoje własne wojny. Tyle że ja prowadzę moje szybciej, bo jakimś cudem mijam dwóch albo trzech.

Kolejny kamienny odcinek, a raczej kamienny wąwóz ograniczony murami i ścianami domów pnę się stromo w górę. Idę sobie, umieram. Grupka młodziaków lokalsów siedzi na murku.

Ja: Quantos kilometros hasta la meta?
Lokalsi: Tres.
Ja: Tres?! Qrwaaa!
Lokalsi: ooo Polaco, qrwaaaa, Polaco vamos! (śmiech)
Ja: Si, si Polaco (śmiech, no ładny popis dałem)

Wdrapuję się dalej, ale już z bananem na twarzy. Stromo, ale jakby mniej. Jest asfalt. Cywilizacja. Nadzieja.

 

Ola: Kilian, Tom Owens, Timothy Olson, Dakota Jones, Marcin Świerc, Anna Frost… Ok. Ale nie oszukujmy się, czekam tylko na Belka! Na szczęście nie potrwało to długo… To, co dla zawodników jest znaczącą różnicą w uzyskanym na mecie czasie, dla mnie jest kilkoma chwilami wyczekiwania na newralgicznym zakrętasie tuż przy czerwonym dywanie. Jeden, drugi, trzeci człowiek…  W końcu coś jasnego bez nakrycia głowy majaczy tam daleko. Szybki podgląd przez obiektyw, tak, to on! Natural Born Runners na piersi, cały mokry, ale dziarsko biegnie, tylko mi śmignął! A ja za nim. Zawsze najszybsze czasy mam w takich momentach – gdy muszę go gonić i dopaść tuż za metą 🙂 Z przejęcia i radości nie przyszło mi do głowy, żeby mu zrobić zdjęcie na czerwonym dywanie… Asystuję przy moczeniu się w wodzie, masażu, podaję świeże ubranko, szczęśliwa, że Bela cały, zdrowy, chociaż będzie obolały, oj będzie! To teraz trzeba tylko wyczilować, iść na jedzenie (dawali nieopodal mety wszystkim ‒ biegaczom, kibicom, okolicznym staruszkom ‒ paellę z kurczakiem i wielką bułę!) i poczekać na Grzesia. Ale Grześ to inna historia

DSC_0449

Magia czerwonego dywanu i Timothy Olson. Fot. Olek

Bela: Już postanowiłem. Na płaskim chce biec. Jeszcze nie wiem jak, ale chcę biec. Dam radę. Musi być w końcu płasko. Kolejni kibice w przydomowym ogródku. Parasol ogrodowy, krzesełka, wino, jedzenie. Cała rodzina. Taki piknik.

Ja: Quantos kilometros hasta la meta?
Rodzina: Solo uno kilometro, vamos chico!
Ja: Gracias! (uśmiech na pożegnanie)

Ha kilometr, tylko kilometr! To się nawet doczołgam. Może zejdę poniżej 10 godzin. Koniec podejścia. Zaczynam biec. Zakręt w prawo. Policjant.

Ja: Quantos kilometros hasta la meta?
Policjant: Uno kilometro.

No jak? Jakie kilometro? Przecież od rodzinki zrobiłem już ze 500 metrów. Zdrajcy, oszukali mnie (BTW, policjant też mnie oszukał). Ale biegnę, przecież sobie obiecałem. Odciski na palcach eksplodują od szybszego biegu. Ale biegnę. Czteropasmowa szeroka ulica ciągnie się na dwa kilometry, a nie widać żadnej mety. Co jest? Powinien być jakiś skręt w lewo. Są kibice, ale tylko co kilka metrów. Dzieciaki przebijają piątki. Jedno skrzyżowanie. Widzę drugie skrzyżowanie i tłum ludzi, tam musi być skręt. Dupa. Trzecie skrzyżowanie, znowu dupa. Ludzi coraz więcej. Ciasno po obu stronach. Jest skręt, ale w prawo. Krzyki. Brawa. Jakieś wariactwo. Ludzie, co jest? Kilian biegł jakieś 3 godziny temu. To ja Belowski, Bela,
z Polski. Skręt w lewo. Dzieciaki. Ola. Ola! Jest Ola. Widzi mnie. Skręcam i jest: słynny czerwony dywan
i szpaler rąk po obu stronach. Nie ma zmęczenia.  Nie ma nic. Finisz jak na 5 kilometrów. Miękko. Spiker krzyczy „Belowski, Polonia”. Wszyscy przebijają piątki. Mistrzostwo świata. Belowski, taka gwiazda. 10 sekund i po wszystkim. Koniec. Fin. Jest Ola. Przytula mnie. Łzy w oczach. Moich.

10253861_845800308767994_3942805136532086302_n

Belek gwiazda!

 

Nieco więcej zdjęć:

  • Rekonesans_2
  • Rekonesans_1
  • NBRteam_1
  • Race office
  • Kuerti w El Pilar
  • fanka
  • Kilian finish
  • Timothy Olson Finish
  • Anna Frost Meta
  • Water splash
  • przeobsługa
  • La palma view
  • belek w piekarniku
  • La Palma Trail
  • rzeka kanion

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *