1 stycznia 2016 2 komentarze Czytamy, Podziwiamy

Ogród w kieszeni, czy książki z 2015 roku

Fejsowe czelendże zazwyczaj traktuję z… Nie traktuję, olewam. Ale jeden mi przypadł do gustu – 52 książki w 2015 roku. Pecha, pomyślałam, jedziemy!

Zatrzymałam się na 35. To może nie jest mój absolutny maks, ale po pięciu pierwszych doszłam do wniosku, że pośpiech sensu tu nie ma. Niektóre książki wywołują kaca, wymagają czasu na przetrawienie i wydalenie ich z organizmu, zanim sięgnie się po coś nowego. A nawet samo czytanie wymaga odwagi (ot, taki Białystok na przykład). Na stronie wydarzenia wyścig – kto więcej ponad zakładane początkowo 52. Ale ilość nie idzie w parze z jakością. Większość to gówniane czytadła, na które ‒ moim zdaniem ‒ szkoda czasu. Moja lista, obrazkowa, ma pewne dominanty.

Wpadłam w fascynację minimalizmem. Czytałam Annę Mularczyk-Mayer, Dominique Loreau nie dla mnie, Glogaza nieco odświeżyła moje spojrzenie na zawartość własnej szafy i wizyty w sklepach z ubraniami, ale prawdziwą petardą jest Mniej Marty Sapały. Taką, że mam ją w formie ebooka (minimalistycznie, a co!) i książki (bo jednak powracanie do ulubionych fragmentów jest wygodniejsze i nie potrafię się ograniczyć, jeśli chodzi o liczbę posiadanych książek). Mniej przyniosło też nastroje antykonsumpcyjne, w to się wpisał Jonathan Crary z jego 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu.

W Mniej grupa kilkunastu osób (rodziny, single, pary) zobowiązuje się do niekupowania tego, co absolutnie niezbędne, w trakcie 12 miesięcy. Kilka historii, kilka rodzin, kilka osób, każda z innego środowiska, z różnym budżetem domowym, różnymi potrzebami i totalnie różnym wyobrażeniem o minimum. Sporo informacji o alternatywnych drogach pozyskiwania rzeczy – książek, żywności (kooperatywy!), ubrań. Ogromna dawka wiedzy o konsumpcjonizmie w ogóle. Skłania ku refleksji nad tym, na co samemu wydaje się pieniądze (czyli tak naprawdę na co poświęca się swój czas spędzony w pracy, przeliczanie zakupów na godziny życia bywa niezłym hamulcem :), co jest naprawdę niezbędne, a co jest tylko fanaberią. Dzięki tej pozycji pozbyłam się nadmiaru niepotrzebnych rzeczy, ubrań, udało mi się sporo zaoszczędzić i wyrobić sobie nawyki przydatne w ciągu spontanicznych wypadów do galerii handlowej (z których w zasadzie też zrezygnowałam po lekturze Mniej). Nie marnujemy jedzenia, robimy zakupy z listą, mając w głowie też listę potraw, które z kupionych produktów zrobimy. To naprawdę fajne, choć do ideału wciąż wiele brakuje. Marto Sapało, dziękuję!

DSC02088

Książek Czarnego zapędy minimalistyczne nie dotyczą. Jest dużo, będzie więcej.

Lektura Mniej zaowocowała wzmożonym zainteresowaniem Skandynawią (ze względu na fragmenty poświęcone polskiej rodzinie mieszkającej na Islandii, biorącej udział w eksperymencie), stąd Przewodnik nieturystyczny po Islandii (bo darmowy ebook w sieci, ale i wiedza o tym wspaniałym kraju, choć sprzed paru lat), Białe Ilony Wiśniewskiej, bo nazwa Svalbard brzmi jak Nibylandia czy inna Narnia, trochę jak fantastyczna, wyimaginowana kraina. Oczywiście teraz Spitsbergen na liście „To go”.

Minimalizm zaowocował też czytaniem książek, które od dawna mam w domu, ale zawsze brakowało na nie czasu. Tu Scott Jurek, na fali poszła Chrissie (kobieta rakieta, dzięki Kras!), a na koniec Szczęśliwi biegają ultra, z autografem. Galaktyko, robisz to dobrze 🙂

Jeszcze w ubiegłym roku wpadłam w fascynację Ameryką, zaczęło się od niesamowitej książki Magdaleny Rittenhouse o Nowym Jorku. Potem przyszedł czas na wykolejone Detroit, Komanczów (bo wcześniej był Ishi, człowiek dwóch światów), ale przez Lawrence’a Wrighta nie mogę przebrnąć, scjentologia i jej ojciec założyciel porażają. Wszystkie literki sponsorowane przez Wydawnictwo Czarne 🙂

DSC00605

Najważniejsze dla mnie książki, poza Mniej, które w tym roku przyswoiłam, to:

Koniec jest moim początkiem Tiziano Terzaniego, mimo tego, że stał na półce, jakoś wcześniej do niego nie zajrzałam. Książka z tych porażających. Wywiad syna z umierającym ojcem, podsumowanie bogatego życia Terzaniego i historii dziejącej się na jego oczach. Co mnie najbardziej uwiodło w tej pozycji to to, jak wielką mądrość TT posiadł w trakcie tych 66 lat życia. Dzielę z nim umiłowanie Azji, zatem czytanie wspomnień świadka i kronikarza bolesnych niejednokrotnie wydarzeń w tej części świata było ucztą. Ale jego przemyślenia odnośnie do życia, filozofii Wschodu, sensu tego wszystkiego, ewolucji człowieka i nieciekawej przyszłości świata wywarły na mnie ogromne wrażenie. Zwłaszcza że mówił o tym te 12 lat temu, a wszystko idealnie się sprawdza…

Chłopczyce z Kabulu, bo można docenić świat, w którym się żyje. Fenomen basza pusz ‒ wcześniej kompletna terra incognita ‒ powszechnie akceptowany, kłóci się z wyobrażeniem Afganistanu. Z jednej strony zwyczaj wynikający z chęci uniknięcia publicznego ostracyzmu daje afgańskim dziewczynkom przebranym za chłopców niedostępną dla nich wolność, a z drugiej ‒ powoduje różnego rodzaju reperkusje w późniejszych latach. Od dziewczynek skrzywdzonych odebraniem im wolności i przywilejów, po dziewczęta z zaburzoną tożsamością płciową, marzące o zmianie płci lub wyjeździe z Afganistanu. Koszmarna lektura, fenomenalny reportaż.

Obie pozycje Bartka Sabeli, bo pokazują, jak mało wiemy. I jak bardzo nie chcemy wiedzieć. O Aralu, którego nie ma, i o Saharze Zachodniej, ostatniej kolonii, od której odwrócił się świat.

MagisterKowalski.blog. Historia przerwanej miłości, bo trochę to bliskie. Bo o Broad Peaku i Tomku napisano już wiele, ale niekoniecznie prawdy. A teraz pisze sama Agnieszka, pokazując w końcu Tomka Kowalskiego prawdziwego, odbrązowionego człowieka z krwi i kości, bez przekłamań w stylu Hugo-Bajera. I Agnieszka pisze też o sobie, co jest w mojej opinii najmocniejszą stroną tej książki. Pozostałe rozdziały to oddanie miejsca Tomkowi i jego blogowi, prowadzonemu w trakcie podróży po świecie. Chłopak, który potrafił osiągać to, czego zapragnął.

 

2 Responses to Ogród w kieszeni, czy książki z 2015 roku

  1. Paweł napisał(a):

    „Chrissie” się fajnie czyta. Jeszcze szybciej i fajniej przeleciało „Szczęśliwi biegają ultra” (szczególnie, że znane trasy opisują). „Jurka” nie mogę przebrnąć jakiś toporny jest… za to zamiast czytać Wielickiego miałem okazję dwa razy z nim rozmawiać w zeszłym roku 😉

    Nic nie napisałaś o „Uległości” chociaż na grafice jest okładka 😉 Właśnie za namową Żony skończyłem – bardo fajna. Nie a tak depresyjna jak w recenzjach (i nie aż tak o islamie 😉 ).

    • Olek Olek napisał(a):

      Hej Paweł! Nic nie napisałam o „Uległości”, bo ja mam od lat problem z Houellebekiem. Niby pisze trafnie, ale jego styl mnie mało przekonuje. Za bardzo ocieka pornosem 🙂 Więc po „Uległość” sięgnęłam też na zasadzie „znaj swego wroga”, bo lubię wiedzieć, co mi się nie podoba i jak to uzasadniać 😉 I nie powaliła mnie lektura, odłożyłam na półkę w biblioteczce czytnika ebooków i zapomniałam. Smutna w sumie, choć zależy kto na to patrzy, tyle. Ja już od jakiegoś czasu praktycznie nie czytam beletrystyki, wolę fakty. Dlatego jak dla mnie nie ma o czym mówić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *