18 października 2016 Comments (0) Focimy, Jeździmy

Nocny market w Chiang Mai

Jeszcze paręnaście lat temu szalenie lubiłam przywozić z podróży różne pamiątki. Chyba dlatego, że jak byłam szalenie małym dzieciakiem, to kilka razy u dalekiej cioci widziałam całą komódkę obstawioną różnymi durnostójkami. A to ramka z niby-papirusami, a to jakieś afrykańskie rzeźby, a to inne cosie, których już nie pamiętam, ale które dla mnie znaczyły wtedy jedno: ciocia była za granicą. To szalenie działało na wyobraźnię, bo nas długo, długo nie było na to stać. A mnie w świat ciągnęło od maleńkości.

Więc mając w pamięci te stojące na szafce dowody na egzotyczne podróże, ja też zaczęłam takie głupotki z różnych wyjazdów przywozić. A to ciupażkę, a to muszelkę, a to koraliki, a to smoka, a to breloki. Pamiątki. Na szczęście mi przeszło. Choć nie nastąpiło to od razu. Z Indii przywiozłam szalenie dużo ubrań, toreb, pomniejszych pierdół. Torby z etnicznym wzorkiem nie użyłam do niczego, inna z pięknego fioletowego materiału przydała się raz – akurat łatwo weszła do niej butelka wina (jakby w tym celu była szyta!), album na zdjęcia (taki z czarnymi stronami do wyklejania!) do tej pory się kurzy gdzieś w domu, oczywiście niewypełniony zdjęciami z Indii, próbę czasu przetrwały jedynie tybetańskie kolczyki i chusta.

Z każdego kolejnego wyjazdu nauczyłam się przywozić mniej (to ostatnio moje ulubione słowo) albo ograniczać się wyłącznie do magnesów na lodówkę (to mój odpowiednik ciocinej komody). OK, jedynie w Maroku nie potrafię się aż tak ograniczyć. Lubię ich lampiony, przyprawy, olejki i rękodzieło.

Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy do Tajlandii, wróciły ze mną głównie ubrania kupione na miejscu (które wzięłam ze sobą, jadąc tam ponownie). Tym razem ubrań było mniej, może nieco więcej rzeczy użytkowych (po raz kolejny lampki typu cable&cotton), ale… Nie było łatwo. Tajlandia to raj dla zakupolubnych. Zwłaszcza Chiang Mai i tamtejszy night market.

dsc01018

Na tę okoliczność wstrzymywany jest wszelki ruch samochodowo-skuterowy na kilku przecznicach i sprzedawcy rozstawiają się ze swoimi kramikami na drodze. Na szczęście, choć z perspektywy czasu nieco tego żałuję, nie mieliśmy ze sobą zbyt dużo gotówki, a nie było zbyt dużego spręża na szukanie bankomatów, dlatego nie puściliśmy majątku na rzeczy tam sprzedawane, ale…

dsc01034

W zalewie powszechnej tandety (made in China) nocny market w Chiang Mai to prawdziwa perełka. Przyjeżdżają i sprzedają na nim swoje wyroby prawdziwi twórcy, najczęściej z okolicznych mniejszych miejscowości lub dalszych miejsc prowincji. Można tam było kupić naprawdę ładne i solidnie wyglądające rzeczy wykonane ze skóry (staram się ich jednak nie używać ze względu na przekonania), domowej roboty mydła (przywiozłam milion), olejki, biżuterię, ręcznie malowane parasolki, z których znane jest Chiang Mai, wszechobecne podróbki, tanie ubrania dla turystów (że niby takie tradycyjne, a tak naprawdę chodzą w nich tylko turyści). Zresztą, sami zobaczcie.

wyszydełkowane!

wyszydełkowane!

miliony naprawdę dobrych i pięknie pachnących mydełek i olejków

miliony naprawdę dobrych i pięknie pachnących mydełek i olejków

lampki zawsze i wszędzie cieszą się zainteresowaniem

lampki zawsze i wszędzie cieszą się zainteresowaniem

oryginalne oczywiście :)

oryginalne oczywiście 🙂

to ciągle pozostaje dla mnie zagadką...

to ciągle pozostaje dla mnie zagadką…

parasolki!

parasolki!

A w tym wszystkim, na środku drogi na zydelku siedział niewidomy starszy pan, który przygrywał na jakimś instrumencie, coś tam podśpiewując, a wszyscy mijali go po prostu w drodze po kolejną parę okularów, selfie sticka, czy porcję lodów z kokosa albo sticky rice with mango.

DSC01038

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *