13 grudnia 2015 Comments (0) Czytamy

Może Sahara wróci

Szkoła podstawowa, może średnia. Lekcja geografii (lubiłam je), największe góry świata, najdłuższe rzeki, największe jeziora. Wiedza krzyżówkowa. Gdzieś tam pojawia się Morze Aralskie. Azja Środkowa. Łatwo, duża niebieska plama na mapie. Kolejna nazwa wbija się do głowy. To był koniec lat 90. lub wczesne lata dwutysięczne. Tylko już wtedy nie było Morza Aralskiego, ale tego nikt na lekcji geografii mi nie powiedział.

Quiz wiedzy na Gazeta.pl. Quizy wiedzy uwielbiam, wśród nich ten geograficzny. Pytanie o nazwę kraju, północ Morza Aralskiego. Jakiego morza? Gazeto, wstyd, ty musisz wiedzieć!

Ale nie wie nikt. Tutaj ta wiedza jest niepotrzebna, dotyczy krajów położonych zbyt daleko. Z drugiej strony jest niewygodna, bo to świadectwo bierności świata, takiej, która trwa…

Wstyd się przyznać, ale obie książki Bartka Sabeli przeczytałam w ciągu, czyli po niedawnej premierze tej drugiej. Obie mają wspólny mianownik – bierność świata zachodniego, brak jakiejkolwiek reakcji na to, co się dzieje. Autor boleśnie otwiera oczy czytelnika, aż ma się ochotę rzucić książką o ścianę z bezsilności. Ale szkoda.

Może morze wróci to właściwie zapis podróży, autor wprowadza nas w tragedię Aralu i ludzi zamieszkujących jego byłe brzegi, którym ekologiczny eksperyment rodem z koszmarnego snu szalonego naukowca zniszczył życie. Sabela, architekt bez doświadczenia reporterskiego (co akurat tu jest kompletnie nieistotne, bo jest niesamowicie wrażliwym i uważnym obserwatorem), jedzie samotnie do Uzbekistanu. Bez znajomości języka po prostu wsiąka w uzbecką rzeczywistość, niejednokrotnie zapuszczając się tam, gdzie nie powinno go być. To, co widzi, opisuje wprost, bez zadęcia charakterystycznego dla wielu rasowych autorów reportaży, językiem nie tyle prostym, co nieskomplikowanym. Nieprzeszkadzającym w odbiorze. Nie ma tu kwiecistych i długich, pełnych epitetów opisów, Sabela bardziej maluje obiektywem i fotografiami, oddaje tu miejsce obrazom (to swoją drogą rzadkie, żeby dobry tekst szedł w parze z fenomenalnymi zdjęciami i rysunkami tego samego autorstwa), szczędząc słów. Fotografiami też nieco przygaszonymi, nostalgicznymi.

 

Chronologia podróży autora nie jest istotna. Sabela prowadzi nas przez cały Uzbekistan, Aral zostawiając na koniec. Wprowadza nas w temat polityki, dyktatury, życia zwykłych ludzi. Oczekujemy na finał, a tymczasem ten zamiast kulminacji przynosi smutek. Jezioro, którego nie ma. Kultura rybaków, która odeszła razem z morzem. Ludzi, którzy wciąż mają nadzieję, wbrew wszystkiemu, że morze wróci. I tylko te zdjęcia pokazują coś zgoła odmiennego. Że to nieodwracalne. Bo pomysły, które władza ma na ratowanie Aralu, grożą taką samą katastrofą ekologiczną jak samo zniknięcie jeziora.

Druga książka, wydana już przez Wydawnictwo Czarne, Wszystkie Ziarna Piasku, nie przynosi ulgi. Siecze jeszcze mocniej. (Bela czytał tę pozycję na urlopie. Błąd, zupełnie niewakacyjna książka, odruch rzucenia jej w cholerę był nader częsty).

Budyniowy pokój znalazł mnie początkowo za sprawą Kontynentów (jedna z lepszych okładek ever!). Tekst zaintrygował. Czekałam. Aż w końcu Wydawnictwo Czarne uchyliło rąbka tajemnicy, euforia!

Na spotkaniu w Faktycznym Domu Kultury Bartek Sabela powiedział jak wpadł na temat Sahary i muru ‒ znalazł go w trakcie błądzenia w Google Earth. Pustynia, nic, nagle pośrodku wał ziemny. Zaczął drążyć. Tu też trochę mi wstyd, bo Maroko do tej pory było dla mnie świetnym kierunkiem na krótkie wyjazdy. Miałam tam okazję być już trzy razy, chciałam wrócić, teraz nie jestem tego taka pewna. Zawsze intrygowała mnie ta przerywana linia oddzielająca Maroko od Sahary, ale dopiero dzięki książce Sabeli mogłam poznać i zgłębić powód, dla którego ta linia jest właśnie przerywana.

 

Już początek książki wbija w fotel. Zamiast typowej adnotacji o zmianie nazwisk bohaterów, tu informacja o tym, że żaden z bohaterów książki nie zgodził się na zmianę personaliów. Nie zgodził się. Świadomie. Mimo groźby represji ze strony władz. Groźby całkiem realnej, bo sporo rozmówców Sabeli, mieszkających w El Aaiun, do Czarnego Więzienia, najbardziej przerażającego miejsca w całej stolicy Sahary Zachodniej, ma rzut beretem. Życie ze strachem ten strach oswoiło. Marokański terror na terenach saharyjskich to dla nich coś normalnego i powszedniego, trudno się zatem ciągle bać. A z naszej perspektywy trudno to zrozumieć – zwłaszcza po fragmencie poświęconym przesłuchaniom i towarzyszącym im torturom.

Dlaczego tortury, marokański terror, terytoria okupowane? Sahara Zachodnia to ostatnia kolonia świata. Ostatnie państwo afrykańskie, które nie wybiło się na niepodległość, zostało przez Hiszpanów przekazane Królestwu Maroka w 1975 roku. Od tamtej pory marokańska propaganda próbuje udowodnić, że tereny te historycznie należą się temu państwu, a Saharyjczycy walczą. Choć teraz czekają, od kilkunastu lat czekają na referendum obiecane im przez ONZ, które być może da im niepodległość. Ale ONZ w imię swoich interesów zapomniało o Saharyjczykach i nie dopomina się o poszanowanie praw człowieka. Swój udział ma w tym Francja, nad której tragedią wszyscy płakali w połowie listopada, a nikt nie płacze po ofiarach wśród Saharyjczyków (Francja zawetowała rozszerzenie mandatu misji MINURSO o monitorowanie przestrzegania praw człowieka).

 

A chodzi oczywiście o pieniądze. Sahara jest znacznie bogatsza w zasoby naturalne niż Maroko, ma lepsze łowiska, dlatego jej niepodległość nie jest na rękę Marokańczykom, obecnie mającym nad przemysłem wydobycia fosforytów kontrolę. A król Maroka jest zachłanny…

To nie jest książka napisana na podstawie innych, w zaciszu biblioteki. Sabela pojechał do El Aaiun, choć dostanie się tam nie jest takie oczywiste i łatwe, zgubił się śledzącej go policji, zbierał informacje na miejscu dopóki nie trafili na jego ślad. Był też w Algierii, w tamtejszych obozach uchodźców z Sahary, na Terytoriach Wyzwolonych, choć nie wiadomo jak długo takie pozostaną. Przywiózł stamtąd zdjęcia, niestety opublikowane w czerni i bieli, a aż się proszą o kolorową wkładkę w książce. To nie był jeden wyjazd, było ich kilka.

To nie jest też książka z podróży. To kawał rzetelnej reporterskiej roboty. Tak rzetelnej, że aż boli. Sabela skrupulatnie obnaża postkolonialną politykę państw Zachodu, hipokryzję ONZ, przekładanie interesu finansowego nad tragedię ludzi żyjących na okupowanych obszarach. Natłok konkretnych danych, którymi podpiera swoje zarzuty w stosunku do Europy, poraża. Udział w tej maskaradzie mają też polscy politycy…

Lektura obu tych pozycji – Morza i Wszystkich ziaren piasku – pokazuje, jak fenomenalnie rozwinął się Sabela jako reporter. Przeczytałam ostatnio, że tym razem na tapetę wziął Zambię. Ciekawość zżera! Niech pisze, potrafi to robić jak rzadko kto. No i wydaje w Czarnym. Mam nadzieję, że to się nie zmieni.

Zazwyczaj noszę ze sobą książki, które czytam, wszędzie. Akurat leżała obok mnie na biurku w pracy. Mój hiszpański szef wpadł na ploteczki, co tam czytasz? „Książkę o Saharze Zachodniej”. „Saharze Zachodniej? To Maroko, nie Sahara”. „Nie, to Sahara, to nigdy nie było Maroko”. „Jesteś z Polisario?!”

Sercem już teraz jestem z Polisario. I ciągle widzę tę minę Beli, kiedy zamknął książkę i gapi się gdzieś przed siebie, kompletnie nieobecny i zasępiony. „Co jest?”, pytam. „A nic, myślę, jak napisać POLISARIO na murze ambasady Maroka”.

Bartek Sabela, Może morze wróci, Wydawnictwo Helion 2013.

Bartek Sabela, Wszystkie ziarna piasku, Wydawnictwo Czarne 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *