6 kwietnia 2015 Comments (0) Czytamy, Jeździmy

Lisbon story

Jestem pinterestowym ćpunem, kręcą mnie ładne obrazki, które najczęściej nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dla mnie jednak kadr, który przypadkowo znajdę w sieci, jest jak pierwsza kropla, która ląduje na skale i zaczyna drążyć. Zahaczka. Jak się pojawi coś raz, potem drugi, trzeci, za każdym razem zostaje chwilę dłużej i dłużej, aż zaczynam szperać w Internecie i poza nim. Tak każdy cel podróży małych i dużych ma początek w zdjęciach. Tak samo było z Lizboną. Oczywiście nic oryginalnego, żółty tramwaj na jakiejś mocno stromej uliczce, ciepłe światło i tak się zaczęło. Skończyło na tygodniowym urlopie w Lizbonie i okolicach oraz Porto i okolicach (niech żyją tanie linie lotnicze!).

DSC_8585

Tak najczęściej wyglądają lizbońskie żółte tramwaje

 

Ale kadry i fotografie to nie wszystko. Jest jeszcze muzyka. Ta była znacznie wcześniej, bo był Kydryński, jego siesta, a tam eteryczna Mariza i jej fado. Pierwszy numer „Kontynentów” i zdjęcia Kydryńskiego z Lizbony. W końcu jego książka o Lizbonie, już po zakupie biletów.

„Lizbona. Muzyka moich ulic” to w zasadzie nie książka. Z jednej strony gra z czytelnikiem, sporo puszczania do niego oka, liryczny spacer po mieście, będący jednocześnie wyznaniem miłości. I fotografie – nie tylko jako ilustracja, lecz także sposób patrzenia na miasto. Bo fotograficzny jest też język Kydryńskiego, obrazowy. Taki jak sposób narracji: powolny, nastrojowy, liryczny, delikatny, subtelny. Na szczęście książka na tyle duża formatowo, że wzięcie jej ze sobą do Lizbony nie wchodziło w grę (bo bagaż podręczny), ale dzięki temu poznawaliśmy z Belkiem Lizbonę po swojemu, mając w pamięci te miejsca, o których pisał Kydryński, ale nie podążając ślepo jego śladem. Nie szukaliśmy jego mieszkania na Alfamie, choć wiem, że niektórym się to udało J Nie zaliczyliśmy zbyt wielu miejsc z tych „must see”, pożałowaliśmy euro na wejście do zamku, nie byliśmy w oceanarium, nie imprezowaliśmy w lizbońskich nocnych klubach, muzeum fado też sobie odpuściliśmy. Nie jechaliśmy żółtym tramwajem (ok, jednym, do Belem, ale z tych nowych), bo były mocno zatłoczone – robiliśmy im tylko zdjęcia, też było romantycznie 😉 Snuliśmy się zwyczajowo po uliczkach, zapuszczaliśmy się w dziwne miejsce odmęty i dzielnice. Pojechaliśmy do Sintry, w której więcej czasu spędziliśmy w lesie, idąc do Zamku Maurów (jedyne miejsce, do którego kupiliśmy bilet wstępu J), niż w tym zamku… Byliśmy na Cabo de Roca, poleżeliśmy (ja z książką, Belek jak zwykle z robakami w tyłku kręcił się po okolicy z aparatem) na jakiejś plaży gdzieś w jednej z nadmorskich miejscowości.

DSC_8218

Tak się bawiliśmy w trakcie pobytu w Sintrze 🙂

 

Było leniwie, spokojnie, sielsko. Piwo pite na jednym z tarasów widokowych, bułka z serem i pomidorem wcinana na schodkach pod pomnikiem Józefa I na Praca de Comersio, niespieszne kawy pite gdzie tylko się dało, kasztany jedzone przynajmniej raz dziennie, pastel del nata jedzone nieustannie i gdzie tylko się dało na śniadanie, obiad, kolację, spacery po górzystych uliczkach, zaglądanie w okna, bramy, do domów w Alfamie przez otwarte drzwi. Może za bardzo wczuliśmy się w to saudade? 🙂

DSC_7738

Nawet on ma smutną minkę

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *