18 stycznia 2015 Comments (0) Jeździmy

Ha Long Bay

Jeśli istnieją antynoble w dziedzinie turystyki, to zdecydowanie zasłużyliśmy na tę nagrodę. Miało być pięknie. Miał być piękny, obfity we wrażenia, rewelacyjne fotografie, piękne widoki rejs po malowniczej zatoce Ha Long. Moje małe marzonko, o które zaciekle z moim mężczyzną (wizy, bilety lotnicze do Hanoi itp.) walczyłam. Wygrałam, Wietnam miał spęłniać marzenia…
Dolecieliśmy do Hanoi – mgła. Leje. No, deszcz nie jest zjawiskiem niespotykanym, nawet w te ciepłe i suche pory roku. Dojeżdżamy do miasta – bez zmian. Co robimy? No dobra, na wschód, nad zatokę, tam na pewno schowało się słońce! Dojeżdżamy do zatoki – ale jakoś jej nawet z plaży nie widać. Belg, dzielący z nami trudy podróży, zapytany przeze mnie grzecznościowo o pogodę, odpowiada: „Ale przecież jest monsun! Inaczej nie będzie”.

Wszystko co się dało, chyba sprawdziliśmy. Tylko żadne z nas nie dopuściło do siebie myśli, że nad Ha Long może akurat nie być sezonu, kiedy w Tajlandii jest. Aura nas boleśnie zaskoczyła, mnie bardzo boleśnie rozczarowała. Ba, załamała nawet.
Ale skoro już tam byliśmy, staraliśmy się jakiś pozytyw znaleźć. Skusiliśmy się na dwudniowy rejs po Ha Longu, zgodnie z planami zresztą, bo to miał być główny punkt programu, tylko widoki nieco lepsze… Okazało się, że była to całkiem słuszna decyzja.

 

DSC_3237

Zatoka może nie była tak zachwycająca, jak myśleliśmy, że będzie, ale wrażenie nawet za mgłą robiła. Zwłaszcza ta dzikość i niedostępność wapiennych wysepek – nie wiadomo, gdzie kończy się kamień, a zaczyna kwitnąć jakieś życie, bujnie opadające w dół strzelistych i stromych ścian. Ostre brzegi też nie zachęcają do konkretnej eksploracji, przynajmniej mnie.
Rejs nie był niczym wyjątkowym, zresztą wszystkie tam przebiegają według tego samego planu. Obiad, wizyta w jaskini odkrytej na początku XX wieku przez Francuzów, żeby turystom bardziej się spodobało, grotę podświetlono na tęczowo – no niby ładnie, ale kiczowato. Szkoda, że mają takie wyobrażenie o nas, jakbyśmy byli debilami, którzy dadzą się zaczarować kolorowymi lampeczkami. Choć z drugiej strony, ktoś ich musiał tego nauczyć… DSC_3149Potem wizyta w pływającej wiosce rybackiej. Brzmi to romantycznie niezwykle – ludzie ciągle żyją na wodzie, jak nomadzi, przemieszczając się to tu, to tam na łodziach. Już miałam przed oczami wioski z „Najdalszego brzegu” Ursuli Le Guin, już mi się wewnętrzny antropolog włączył, czekałam na epifanię i zakochanie od pierwszego wejrzenia w tej innej kulturze… I szlag.

Anteny satelitarne, beczki, brezent, przeciągające się na barkach kundle (te zawsze są urocze!), wszędzie smród palonej ropy i generalny syf. Romantyzm diabli wzięli. Żebym go przypadkiem nie odzyskała, wieczór skończył się sesyjką karaoke. Uciekliśmy pod pokład, choć miałam ochotę nieco pośpiewać.
Rano, po śniadaniu, czar prysnął jeszcze bardziej, bo boleśnie dotarło do mnie, że tak naprawdę nie oddaliliśmy się od Ha Long City za bardzo, ciągle poruszaliśmy się w obrębie kilku-kilkunastu wysepek, które w dodatku przez ten nieszczęsny monsun też superwidoczne nie były, ale… Bez żalu wsiedliśmy w busika wiozącego nas do Hanoi. Może kiedyś uda się tam jeszcze wrócić i w nieco bardziej sprzyjającej aurze zweryfikować, za jakie cuda zatoka znalazła się na liście UNESCO.

DSC_3228

W kwestii rejsu dla ciekawskich:
– taka dwudniowa przyjemność wyniosła nas po 60 dolarów od głowy. Ponoć da się taniej, my jednak niedostatecznie się targowaliśmy,
– w ramach tych 60 dolarów mieliśmy wstęp do jaskini, jedzonko i spanko, a nawet ciepłą wodę na łajbie, zatem warun może nie najlepszy, ale nam w zupełności wystarczał,
– jedzenia na statku było naprawdę sporo, wbrew temu, co stoi w internetach. Inna sprawa, że do jedzących dużo nie należymy, zatem kilka misek postawionych na ośmioosobowym stole było naprawdę ok (a przy stole był komplet), przystawka, ryż, kurczak, obowiązkowo deser w postaci jakiegoś owocu – raz dostaliśmy jabłko, dla nich egzotyczny przysmak, dla nas… Cóż, kto przyjeżdża do Wietnamu, żeby jeść jabłka?
– na parę chwil, mniej niż godzinę, w rybackiej wiosce dostaliśmy kajaki, wypuścili nas na wodę, żeby sobie pozwiedzać okoliczne skałeczki. Kajaki się o dziwo nie rozpadły, chociaż wyglądały ledwo, ledwo, ale pływać kajakiem po Ha Longu, no w sumie czad! 🙂
– w cenie mieliśmy też obiad na lądzie drugiego dnia po zakończonym rejsie i przejazd busami do Hanoi, zatem za te 60 dolków wydaje mi się, że nas bardzo nie oskubali, naprawdę nie było się do czego przyczepić, także: polecamy, tylko wybierzcie lepszą pogodę…

DSC_3253

PS Zdjęcie na rozpoczęcie wpisu nie jest nasze, niestety pogoda była taka, że zdjęć praktycznie w ogóle stamtąd nie mamy, a reszta jest szara, zatem skorzystaliśmy z serwisu z darmowymi zdjęciami. Kupiliśmy kawę autorowi. Tak miało być, jak na tym obrazku, było zgoła inaczej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *