16 lipca 2015 Comments (1) Biegamy, Jeździmy

Dolomity z supportem

Małe górskie miasteczko, białe domki, brązowe dachy, wszystkie takie spójne, czerwone kwiaty w doniczkach przy oknach. Jakaż odmiana estetyczna po polskich górach! Po niemal 12 godzinach w samochodzie dojechaliśmy do Cortiny w sobotę, tydzień przed startem: Grzegorz (Kuerti, szef Natural Born Runners), Krzysiek (organizator Łemkowyny i Maratonu Wigry), Bela i ja. Po ubiegłorocznej wtopie z wyjazdem na Transvulcanię chcieliśmy, żeby chłopaki mieli czas na oswojenie się z trasą, dla mnie to była namiastka podróży poślubnej. Krzysiek i Bela mieli startować na długim dystansie, Grzesiek tym razem na krótszym. Moim zadaniem jak zwykle było ubezpieczanie tyłów. Z najbliższych nam osób w połowie tygodnia dołączyli Bartek z Olą i dzieciaki (z Poznania), a chwilę później Kuba Wolski i Eliza Czyżewska, którzy zajęli miejsce obok nas na kampingu.

Z każdym dniem języka polskiego wokół było coraz więcej. Więcej znajomych i znajomych znajomych. Gdyby nie Gediminas i jego ubiegłoroczny wynik, pewnie nie pojechalibyśmy na Lavaredo. Tak samo jak my pomyślało prawie jakieś 200 osób z Polski. Dlatego szansa, że biegacze spotkani na szlaku pochodzą znad Wisły, wynosiła niemal 100%. Inne narodowości chyba olały rekonesans trasy albo zniechęciły się warunkami pogodowymi. A ci napotkani w mieście wprawiali w osłupienie (te zdjęcia z gestem zwycięstwa na tle mety dwa dni przed startem). Na szczęście w mieście przy ulubionym spożywczym można było wpaść na Timothy’ego Olsona, zatem dało się przeżyć 😉 Piątkowy wieczór jednak zbliżał się nieubłaganie…

 

Cortina D'Ampezzo

Cortina D’Ampezzo

BELA: Start o godz. 23 ma kilka zalet m.in. taką, że kibice jeszcze nie śpią, a Ty masz cały dzień na przygotowania. Teoretycznie. Bo jak zawsze wszystko było na ostatnią chwilę. Jeszcze w samochodzie w drodze na start zastanawiałem się, czego zapomniałem. Pasaż z miejscem startu wypełniony już biegaczami i kibicami w ogródkach restauracyjnych. Pamiątkowe zdjęcia, próba przebieżki i nieudolnej rozgrzewki i trzeba się wciskać do strefy startowej. W około mnie sami Polacy. Ostatnie chwile, hymn Lavaredo i jedziemy. To lubię.

Kilkukilometrowa rozbiegówka przez miasto w komfortowym tempie, takim do pogadanki. Ciepło, bez wiatru, kibice na balkonach i wzdłuż drogi. Początek lasu i 500 m podejścia. Nachylenie pozwala biec, więc część zawodników sapie i biegnie. Ja nie, zgodnie z założeniami od początku większość fragmentów podchodzę, nie przekraczam tętna powyżej 150 uderzeń i wcale nie jestem dużo wolniejszy od tych sapaczy. Nawet zwalniam, gdy przede mną pojawia się Kuba Wolski. Kilkukilometrowy trawers i techniczny zbieg single trackiem 450 w dół. O wyprzedzaniu nie ma mowy, ale kilku wariatów jednak ryzykując kontuzje i przesuwa się o dwie trzy pozycje do przodu (znam to chyba z polskich dróg). Na końcu zbiegu krótka przerwa, jest żonka, postoję, pogadam, posikam. No i jestem chyba z 10 minut przed czasem.

Ola: Umówiliśmy się po pierwszym zbiegu, jest niedaleko campingu, na którym się zatrzymaliśmy – 11. km trasy. Jest północ, stoję z czołówką na głowie. Z góry powoli zaczyna spływać strumień innych światełek. Robi się widowiskowo. I dziwnie. Bo chłopaki zatrzymują się nieopodal i sikają. Z czołówkami na głowach. Moje skrępowanie sytuacją jest zdecydowanie większe niż ich. O, jeden ma dłuższy postój, w pozycji kucnej, z czołówką na głowie…

Dostaję od biegaczy po oczach światłem, więc trudno coś dostrzec. Widzę Kubę, pognał dalej. Za chwilkę pojawia się Bela, „cześć-cześć”, „jak tam? Ok.”, sika też tuż obok mnie. Oddaje mi papierek po żelu, leci dalej. Ja stoję dalej, gapię się na strumień czołówek spływający z góry i świetnie oświetlone czołówkami sikających pobocza szlaku. Kurczę, jak to ładnie wygląda, jak iluminacja w parku nocą…

DSC_6459

Jeden z uczestników Cortina Sky Race

18 km to pierwszy punkt żywieniowy ‒ Ospitale. Część biegaczy wpadła tu chyba na piknik, ja wolę metodę „wpadł/wypadł”, a potem „jedz i pij w ruchu”. Chwila i jestem już na trasie, kilka miejsc na pewno urwanych. Czeka nas 600 m w pionie na Forc. Son Forca. Zgodnie z planem idę swoim tempem, tylko za plecami jakiś gość ciśnie dobrze z kijami (dlaczego nie zacząłem od razu z kijami?).

I ten od kijów do mnie: „Cześć Bela!”,
„Kuba (Wolski)! Co Ty tu robisz?”
„Skręciłem kostkę na pierwszym zbiegu”
„To nieźle ciśniesz ze skręconą nogą”
„Podejścia jakoś idą, ale na zbiegach raczej dobrze nie będzie”.

Kuba zakończył bieg na 33. km, w kolejnym punkcie żywieniowym Federvecchia (ponad 20 km od miejsca skręcania). Tam też spotkałem Kamila Leśniaka, który również zaliczył wycof, preferując ponad bieganie poszukiwanie toitoi. Pogadaliśmy chwilę (bo jak tu nie pogadać z tym Kamilem), zresztą przestałem się spieszyć, bo już o 40 minut wyprzedzałem moją rozpiskę. To raczej mógłby być mój nowy powód do zmartwień.

Kolejny etap to 20 km i 1000 m w górę do jedynego na trasie przepaku pod Trzema Cimami. Chyba za dobrze wszystko szło, bo się pojawił, zresztą musiał się pojawić. On, ten Kryzys. Ale nie fizyczny, raczej umysłowy. Monotonia podejścia i środek nocy sprawiły, że dopadł mnie sleepmonster, a umysł pracował w trybie „trzypiwkanaszybko”. Zacząłem planować już 20-minutową drzemkę na przepaku, ale na szczęście takie głupie pomysły wybił mi z głowy wymagający skupienia zbieg wąską ścieżynką do jeziora Misurina (42. km). Stąd już „tylko” 550 m w pionie po znanej z rekonesansów trasie i byłem w schronisku Auronzo (48. km).

Obsługa od przepaków chyba zaspała i sam sobie znalazłem swoją torbę. W namiocie, który wcale nie chronił przed wiatrem, szybka wymiana wyposażenia: nowa koszulka, skarpetki (w sumie mam czas), nowe żele, trochę soli, kijki (w końcu), tylko bidonu nie mogę znaleźć (po biegu okazało się, że był w rezerwowych butach). Obok mnie kilku telepiących się kolesi próbuje uporać się ze swoimi torbami. Z myślą „Nie jest ze mną tak źle” wchodzę do schroniska. Tłumów nie ma, bufet na bogato, dają rosół. Biorę, siadam, jem, piję, jem. Może zadzwonię do żony, bo lekko timing mi się rozjechał.

DSC_6296

Wygłupy z rekonesansu trasy

 

Według szacunków Beloski miał biec na końcowy czas 18:20. Zgodnie z tym umówiłam się z poznaniakami ‒ Olą M. i jej dzieciakami, na wspólne kibicowanie na pierwszym punkcie. Ola ma być ok. 8 pod kampingiem. Tymczasem o 5:23 telefon. „There is hope” Zoo Brasil. Dzwonek zarezerwowany dla Beli. Beli, który nie cierpi telefonów i jak dzwoni, to od wielkiego dzwonu. Letarg przerwany. Odbieram, w głowie tysiąc myśli: coś się stało! „Słuchaj, bo taka sprawa jest…”, „no?”, „bo byłem o godzinę za szybko na Cimach, chyba nie spotkamy się na punkcie”. No nie, kurna. Zawsze to on się spóźnia, a ja jestem za wcześnie. Że też akurat w takim miejscu musiało się odwrócić. No ale, już nie pośpię. Grześ się krząta i szykuje do startu w Cortinie, Elizka z nim, no dobra, poleżę sobie w ciepłym śpiworze.

Tak się wyluzowałem, że przepak zajął mi prawie 10 minut, chyba życiowy antyrekord. Z kijami, z rosołem, ze świeżością pod pachą (w kroku niekoniecznie) ruszyłem na obieg Trzech Cim, symbolu biegu. O zgrozo, pozwoliłem sobie nawet na wyciągnięcie telefonu i uwiecznienie tych widoków – Tres Cimes w blasku wschodzącego słońca – bezcenne. Ale koniec wakacji, kolejne 8 km to długi psychiczny zbieg doliną, 1000 m niżej do jeziora Landro. Znałem ten fragment z rekonesansu. Trzeba cisnąć, bo z góry. Ale cisnąć mądrze, bo od jeziora czekała dolomicka wersja „drogi Mirka” z Biegu Rzeźnika. 7 km szutrowego szlaku rowerowego, lekko pod górę. Możesz biec 6.30 min/km albo, jeśli zarżnąłeś się na wspomnianym zbiegu, iść 10.30 min/km (większość szła) i stracić na banalnym fragmencie pół godziny. Przebiegłem prawie całość, próbując dogonić jakąś superWłoszkę i z narastającym bólem achillesów wpadłem na punkt żywieniowy w Cimanbanche (67. km). Nie stał się cud i zgodnie z przewidywaniami moja żona z zaopatrzeniem nie dotarła (głupi, trzeba było tak zaiwaniać?). Rozwaliło to trochę mój dotychczasowy plan żywieniowy (żel co 45-60 minut, coś bardziej konkretnego co 1,5 h) i wymusiło pożywianie się w większym stopniu na bufetach. Zamiast żonki na punkcie inna (nie tak ładna) znajoma twarz. Kamil Leśniak, zamiast zawinąć się do śpiwora, śmigał po punktach i dopingował rodaków. Podjechał nawet kilkaset metrów dalej, żeby podratować mnie voltarenem. Fajne to.

Pierwszy punkt, Cimanbanche: Olę, dzieciaki i mnie gryzą jakieś wygłodniałe komary. Jest Kamil, mówi, że się spóźniłam, Bela już był. No wiem. Mówi, że dał Beli tabletki, bo go ciągną achillesy. Cholera jasna, a ja mam dla niego leki. Dziękuję, Kamil, za poratowanie mi męża! Czekamy na Bartka, męża Oli, jest, chwila odpoczynku z żoną i dzieciakami, leci dalej. My w auto i na herbatę i siku.

DSC_6124

Kto by nie chciał tam biegać?

 

 

Kolejne podejście, tylko 500 m. Z przodu Polak i jakaś kolejna superWłoszka, minimalnie zmniejszam dystans, kije pomagają. Z tyłu nikogo. Polaka mijam na szczycie (jakieś problemy z bólem), a Włoszkę doganiam na końcu zbiegu, razem płoszymy stado krów i wpadamy na punkt żywieniowy Malga Ra Stua (75. km). Chcę być szybki: uzupełniam bidon, garść rodzynek, trzy kawałki banana i lecę, wszystko w niecałą minutę. Tyle że Włoszka już 200 m przede mną, szacun, jest nad czym pracować. Ale to ja na zbiegach w tym dniu jestem dobry, po kilkuset metrach wyprzedzam ją na dobre. W ogóle biegnie mi się świetnie, samopoczucie jak na 80 km w nogach wyśmienite. Na prostym szybkim zbiegu mijam grupkę biegaczy. Pewnie zaraz dogonią mnie na podejściu. Wcale nie, na podejściu tylko zwiększam dystans, co bardziej płaskie fragmenty nawet podbiegam, jest naprawdę dobrze, jest moc. I jest pusto, biegnę sam. Fajny przelot lasem, lekko pod górę, stado owiec, dwóch pasterzy na fajku, kanion z rzeką kilkadziesiąt metrów niżej. Sielanka kończy się soczystym podejściem. Wdrapuję się na kijach, a w oddali widzę już wężyk zawodników z trasy Cortina Trail, która właśnie w tym miejscu łączy się z trasą Lavaredo. Ostatnie kroki samotności i wpadam w nurt ludzi z Cortiny. I zaczynają się problemy. Zawodnicy z Cortiny mają dopiero trochę ponad  10 km w nogach, a idą na płaskim (część nawet na zbiegach), są wolniejsi ode mnie, a z wyprzedzaniem jest ciężko, bo trasa z szerokiej drogi przeszła w niewygodny singletrack. „Left, please, for Lavaredo”, „Grazie”. Część puszcza i bije brawo, prosi innych o zrobienie miejsca. Niestety część nie ma zamiaru puszczać. Albo nie rozumieją, albo nie chcą puszczać, albo mają słuchawki w uszach. Rwane tempo i rajdy poza ścieżką zaczynają dawać mi się we znaki. Pojawił się kryzys, tym razem głównie fizyczny. I to na największym podejściu całego biegu (ponad 1000 m w pionie). Do tego ta kamienista dolina, kilkukrotne przekraczanie strumienia i słońce, które wbrew prognozom zaczęło przypiekać. Co chwila ktoś robi sobie dłuższą „przerwę” na kamieniu. Już w dużo wolniejszym tempie, motywowany jedynie perspektywą zbiegu i Oli czekającej na punkcie docieram jakoś do przełęczy Col dei Bos. Teraz tylko w dół, drogą, łatwo technicznie, można cisnąć. Wróć, nie można. Po 85 km moje trzewia postanowiły o sobie przypomnieć. Próba przyśpieszenia kończyła się bolesnymi kolkami, po obu stronach. Więc sobie truchtam na granicy bólu, i tak jak chyba większość zaskoczony 150 m podejściem w trakcie zbiegu, docieram w końcu do Riffugio Col Gallina (95. km). Jak nie ma tu Oli, to będzie awaria.

SMS od brata Beli, Mateusza. Bela jest na 85. kilometrze. Co!? Nawet wody na herbatę nie dałyśmy rady zagotować. Siku i do samochodu, jedziemy na Col Gallina. Niby z Cortiny tylko 15 km, ale te górskie serpentyny wymagają nieco uważniejszej jazdy. Mam wyrzuty sumienia, że ciągnę Olę i Brygadę LL (Lenę i Leona) za sobą, ale bez nich nie dam rady. I Bela też, bo tym razem już muszę mu pomóc na punkcie.

Dojeżdżamy. Piknik. Na trawie masa dzieciaków, na kocykach, ludzi multum, bo tu na trasie są już ci z Cortiny, więc tłok spory, gapię się w ludzi, gapię w numerki (różniły się nieco wyglądem – Cortina miała wyższe numery i błękitne cyfry, ultrasi granatowe cyferki i niższe numery), w końcu biegnie – sporo przed czasem – bufka z Grani Tatr, filetowa koszulka adidasa – stylówa na trasie musi być 😉 Uzupełnienie płynów, wyjmuję torby z plecaka, karmię go makaronem, żeby odetchnął trochę od chemii, podaję nowy zestaw żeli, dwie tabletki przeciwbólowe, buziak, kopniak w tyłek i leci dalej. Odprowadzam go wzorkiem i tyle. Takie uroki supportowania.

Żona to jest jednak żona. Nakarmiła, napoiła, pocieszyła, nie przytuliła (chyba wiem dlaczego). Zasiedziałem się nawet trochę. Podbudowany biegnę dalej. Lekko w dół, a potem znowu w górę. Podejście pod stok, o którym wspominali inni Polacy. Wszyscy cierpią, ci z Cortiny, i ci z Lavaredo. Mozolnie, jak pająk wspinam się te 400 m. Wyprzedzanie zawodników z krótszego biegu i słowa uznania motywują. Na przełęczy łyk wody i w dół stoku, niestety z kolkowym ogranicznikiem prędkości. Nieprzyjemny trawers między skałami, głównie pod górę, szeroki zbieg i już wiem, gdzie jestem ‒ Passo Giau (102. km).

DSC_6566

Niespodziewane spotkanie tuż przed punktem na Passo Giau

 

Wiem, że mogę nie zdążyć na metę. Bartek ma lekkie opóźnienie, mamy przed sobą ze dwie godziny oczekiwania na Bartasa, cholerka, co robić. Znowu z wyrzutami sumienia, ale zostawiam Olę i dzieciaki, zabieram się samochodem z Piotrem, jednym z organizatorów Ultramaratonu Podkarpackiego na Giau, a potem do Cortiny.

Przełęcz Giau. Sądziłam, że już Beli tam nie złapię, a jednak – turkusowa czapeczka Campagnolo, fioletowa koszulka. „Cześć, cześć”. W międzyczasie dostałam od Mateusza SMS: niech ciśnie, 6 osób do pierwszej 50. Mówię Beli „Ciśnij, jesteś pierwszym Polakiem w generalce”. „Taaa, jasne, pierwszym”, rzuca ironicznie i śmiga dalej.

A ja leżę sobie w trawie, robię zdjęcia, ładnie tu, kurczę. Piotrek odbiera inne pasażerki samochodu, zjeżdżamy do miasta po tych straszliwych serpentynach. Jest deptak, jest meta, jest gorąco jak w piekle.

Ta moja żona fajna nawet, tylko czasami nieogarnięta trochę. Pierwszy Polak, dobre sobie. Ok. Kamil się wycofał, Kuba skręcił nogę, Piotr Hercog też podobno wycof. Na pewno wyprzedziłem dwóch innych rodaków, ale wciąż pozostawało kilka znanych mi nazwisk z rodzimego podwórka. Czas dużo lepszy od zakładanego, ale wciąż daleki od rewelacyjnego. Cokolwiek by było, nie ma co kalkulować tylko trzeba dobiec. Na papierze to tylko lub aż 17 km do mety. Twarde podejście kilometr za przełęczą okazało się z pięć razy twardsze niż na rekonesansie kilka dni wcześniej. Jakoś je zdzierżyłem, ale zacząłem doświadczać charakterystycznego uczucia nadchodzących skurczów. Dlatego spokojnie, uważnie, w równym tempie dociągnąłem do przełęczy i szybkim łatwym zbiegiem do schroniska Croda da Lago (110. km). Kolka odpuściła, ale fajne zbiegi się skończyły. Ostatnie kilometry to wredny stromy zbieg cały czas po korzeniach, między drzewami i wykrotami. Taki prezent od organizatorów. Na świeżości bardzo nieprzyjemne i wymagające, a co dopiero po 110 km. I współczuję tym, którzy biegli ten fragment w deszczu albo w nocy. Jakoś przetrwałem, bez skurczów i skręcenia. Na o niebo łatwiejszej leśnej drodze prowadzącej lekko w dół wyprzedzam chyba z milion zawodników, pewnie większość z krótszego dystansu. GPS pokazuje 116, 117, 118 km, a ja dalej w lesie, dosłownie. Gdzie to miasto? Oczywiście na 119. km nie było mety. Nawet nie dotarłem do asfaltu. Dopiero kilkaset metrów dalej pojawił się banner „ultimo kilometro” i pierwsze uliczki. Zbieg do Cortiny, na poziom rzeki, most i ostatni podbieg (podbiegnięty:). Na ostatnim zakręcie mijam dwóch zaskoczonych zawodników z krótszego dystansu i dzida pasażem do mety, tradycyjnie przynajmniej w tempie półmaratońskim. Chyba rozwaliłem system. Swój własny na pewno.

Spiker wrzeszczy po włosku do mikrofonu. Na metę wpada 42. uczestnik z długiej trasy. Zajmuję miejscówkę w cieniu wieży kościoła. Wgapiam się w numery i liczę. 43, Cortina, Cortina, Cortina z rozwalonym kolanem, 44, Cortina, Cortina z dziećmi, …46, Cortina, Cortina, cholera. Jest, biegnie, aaaaaaaaaa! Rozwalił system, taki mąż!

DSC_6693

Finisz jak na byle dyszce 🙂

 

Belowski zeżarł 12 żeli ALE, 2 żele Etixx, 3 żele Squeezy, 2 batony ChiaCharge, litry izotoniku, pepsi i wody, rosołek, trochę makaronu od żony, kilka garści rodzynek i kilkanaście kawałków bananów. Piwko na mecie.

Lavaredo Ultra Trail (119 km 5.850 m+) – zapisanych 98 Polaków, ukończyło 70.
Limit czasu 30 h. Najszybszy był Didrik Hermansen (NOR) – 12:24:39.
Wpisowe 100 €

Cortina Trail (47 km 2.650 m+) – zapisanych 41 Polaków, ukończyło 33.
Limit czasu 12 h. Najszybszy był Davide Cheraz (ITA) – 4:43:08
Wpisowe 50 €

Cortina SkyRace (20 km 1.000 m+) – zapisanych 11 Polaków, ukończyło 6.
Limit czasu 3,5 h. Najszybszy był Manuel Speranza (ITA) – 1:41:33
Wpisowe 25 €

Ze względu na łatwość dojazdu (nawet 10 h) i stosunkowo niewielkie wpisowe jest to najbardziej dostępny bieg z serii Ultra Trail World Tour.

 

One Response to Dolomity z supportem

  1. Justa napisał(a):

    Fajnie napisane, aż chce się zacząć biegać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *