13 czerwca 2015 Comments (0) Jeździmy

Czerwcówka w Tatrach?

– Z Australii? Serio? I jesteście w Polsce?!
– Tak, Polska jest wspaniała! U nas wszystkie zabytki mają tylko po dwieście lat.
(para pochodzenia hinduskiego, sześć tygodni w Polsce)
Majówka w Karkonoszach, zatem czerwcówka w Tatrach. Nie byliśmy tu prawie dwa lata, a poprzednia wizyta, związana ze startem Belki w Biegu Ultra Granią Tatr, upłynęła głównie pod znakiem omijania Zakopanego możliwie najszerszym łukiem. Chyba dojrzewam, bo teraz mimo tłumów było we mnie więcej spokoju i pokory (Belek ciągle klął).
– Dlaczego pracujesz akurat w Zakopanem?
– Bo tu jest tak pięknie!
(Nataniel, Amerykanin z Ohio)
[Uwaga, będzie nostalgicznie] Rodzice zabrali mnie tu pierwszy raz 27 lat temu. Miałam trzy lata i pamiętam z tego pierwszego wyjazdu tylko krzesła w hotelowej stołówce – miały takie oparcia, które mnie w tym krześle hamowały, nie mogłam się ruszyć, a mama wmuszała we mnie jedzenie. W każdym razie od tamtej pory jeździliśmy tam przez kilka następnych lat, zawsze w okresie wiosennym. Rodzice lubili łazić po małych dolinkach i wylegiwać się na leżakach na Gubałówce, na Kasprowy zazwyczaj wjeżdżaliśmy, od czubków choinek mam lęk wysokości.
Z każdego wyjazdu czerpałam coraz więcej. Mama sama nie wiedziała, co mi daje ze wszystkimi opowieściami o śpiących rycerzach. Był brudny biały miś na Krupówkach, był brudny biały pies – podhalańczyk Dunaj, którego dokarmialiśmy w jednym roku, były spacery po cmentarzu na Pęksowym Brzysku. Połknęłam bakcyla.
Liceum, zachłysnęłam się górami. Były Tatry ze znajomymi, wcześniej w ramach jakiejś zielonej szkoły. Później szybkie pokonywanie szlaków, byle szybciej niż na tabliczkach (a to akurat teraz jest chyba nawet łatwiejsze), byłe szybko, daleko, więcej, więcej, więcej. Koniecznie w membranach, markach, chłonąć możliwie dużo, wejść wyżej, dalej, szybciej, spać mało, jeść jeszcze mniej i podle i tanio. Z pogardą dla turystów w klapkach czy tenisówkach. Byłam w Tatrach kila razy w roku, z szacunkiem dla gór, etosu ratowników, pełna historii o początkach turystyki w tych rejonach, kulturze…
A teraz dwuletnia przerwa. Zakopane to feeria barw, bijących po oczach tak mocno, że trudno w tym zgiełku dostrzec góry gdzieś nad miastem. Jak się tylko do niego dotrze, to podświadomie ucieka, byle szybciej. Kiedyś lubiłam jeść na Krupówkach, miałam nawet swoją ulubioną knajpeczkę, teraz trudno nawet spojrzeć w kierunku tej ulicy, widać tylko tłum.
Nie chcę popadać w pychę, skoro tak bardzo nie lubię jej u innych. Każdy ma do tych gór takie samo prawo. Jeśli komuś jest gorąco i woli założyć niebieskie bikini z cekinami – ok., jeśli komuś wygodnie w sandałach – ok., ktoś lubi bez koszulki – ok. Że mu się tam wylewają lata piw przy grillu i karkówek i innych golonek – pal licho. Ale żal mi strasznie tego, że siebie wzajemnie nie szanujemy, nie myślimy o innych. Że idzie banda młodzieży gimnazjalnej i dostaję z bara od paru chłopaków, bo nie uskakuję w kosodrzewinę, gdy idą czwórką, bo przecież to ja im muszę zejść z drogi, jedna, na dość wąskim szlaku. A gdy zwracam uwagę, to dostaję parę kurew po swoim adresem. Że chodzę po tych górach, które tyle dla mnie znaczą i znoszę z nich znacznie więcej śmieci, niż w nie wniosłam, bo przecież papierki można rzucić wszędzie. Wiadomo, że puszka po piwie waży więcej niż puszka z piwem, zatem puszkę pełną nieść lżej niż potem tę samą pustą znosić.
Na te cztery dni spędzone w górach z siedem, może osiem razy korzystaliśmy z busów. Tylko raz kierowca miał włączoną kasę fiskalną. Za każdym razem autobus pękał w szwach, łącznie z miejscami stojącymi. W miłej rodzinnej knajpeczce, w której się żywiliśmy głównie pierogami z jagodami, podobnie. Ileż by podatków z tego było… Ale górale mają specjalne względy chyba, my płacimy, oni nie muszą.
W tejże miłej i rodzinnej knajpeczce najczęściej dzieliliśmy stół z innymi gośćmi, bo miejsc mało, a zainteresowanie duże. Moimi ulubieńcami byli rodzice Ksawerego i Nikoli. Zupę pochłonęli z prędkością światła, potem placek po węgiersku – duuuużo mięsa, bardzo dużo, my byśmy z B. to jedli pewnie dwa dni – potem mieli zamawiać coś innego mięsnego (dodam, że zupę i placek wtrynili w tym samym czasie, kiedy my z B. zdołaliśmy uporać się z pierogami), bo mało, rozglądali się za ciastem, ale akurat tam nie dawali deserów. I w sumie spoko, ale tata Ksawerego i Nikoli nie mieścił się za stołem. Pod różową koszulką miał coś co przypominało dużą tylną oponę od ursusa. Nie ogarniam. Nie jestem w stanie rozumowo ogarnąć, jak można tak po prostu o siebie nie dbać i nie szanować swojego zdrowia. Pal licho estetykę, o gustach się nie dyskutuje, ale ten facet i jego dzieci to potencjalnie chorzy ludzie, bardzo chorzy. Wtedy państwo ma pomóc, bo się należy. Ale żeby zawczasu pomyśleć i ogarnąć swoje zdrowie to nie, lepiej opierniczyć kilo mięsa z tłuszczem. I popić piwem. Ale w sumie o czym ja mówię, skoro furorę robiły koszulki: facet bez brzucha jest jak kufel bez ucha…
I w tym wszystkim Australijczycy. Nad Mokiem, zachwyceni, Poland is awesome, mountains are so amazing! I dzieciaki z Wro, którzy jak się wybrali na Orlą Perć, to wrócili z niej o 1:30 w nocy… Bez latarek.
Jedna wielka ambiwalencja. Długie weekendy to nie jest dobry czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *